poniedziałek, 8 czerwca 2015

Dawno mnie tu nie było...

Zbyt dawno.
Od jakiegoś czasu mam okropne stany depresyjne... sytuacja w domu, choroby Filipa. Z pozoru błahe sprawy. A potem zmarła moja Kasia. Zostawiła na świecie dwójkę maleńkich dzieci, z których to starsze jest miesiąc młodsze od Filipa... I świat mój rozsypał się na milion kawałków, z których musiałam się podnieść i posklejać na nowo.
Chwila ta, tak krótka, jakim była niespodziewana choroba Kasi a następne równie spontaniczne pożegnanie na cmentarzu w Malmo, przewartościowały mój system wartości. Te ciężkie dni sprawiły, że inne rzeczy zaczęły się w życiu liczyć.

Kasia zmarła w marcu. Także w marcu dowiedziała się, że ma raka. Zaawansowanego, który pozwolił jej cieszyć się życiem tylko kilka dni, następnie przez kilka kolejnych przygotowywał jej cudowną rodzinę na to, co miało nieuchronnie nadejść.

Nie znałyśmy się długo, choć myślę, że dobrze. Historia ta pokazała mi, że po kilkuletniej internetowej znajomości można dłużej płakać, niż po kimś z rodziny. Pokazała, że w ciągu jednego dnia można wykupić bilety na zagraniczny pogrzeb, aby pożegnać się z kimś, kogo widziało się raptem dwukrotnie, jednak kogo posty czytało się codziennie z uśmiechem na twarzy. Pokazała, że grupa kobiet może być dla siebie jak siostry i potrafi w obliczu tak smutnej przygody tak szybko i sprawnie działać i jednoczyć się.

Myślę, że chciałabym tego nie wiedzieć. Chciałabym, aby ta dwójka maluchów miała nadal swoją mamę. Aby Kasia zobaczyła, jak jej kilkumiesięczna córeczka zaczyna raczkować kilka dni po jej odejściu. Chciałabym, aby znała jej głos, zapach, sposób mówienia. Aby wiedziała co oznacza przytulić się do mamy. A mamy już nie ma.

Dzisiaj już nie płaczę. Nie pogodziłam się z tą sytuacją i zapewne nigdy się nie pogodzę. Pogrzeb Kasi, kameralny, wzruszający, pomógł mi uporządkować pewne sprawy. Jednak ciężko mi zrozumieć, że odeszła nasza mama podróżniczka, która nie bała się niczego, która w jeden dzień pakowała się, brała dzieciaki pod pachę i leciała do mamy, do Polska. Ciężko mi pojąć, że jest ktoś, kto już nigdy swojej mamy nie zobaczy. Że został mąż, który co wieczór wraca do pustego łóżka. Nasza Kasia nie bała się niczego. Oprócz raka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz