czwartek, 11 grudnia 2014

Źle czy dobrze?

Nie wiem co sprawiło, że stałam się szarą myszką. Nigdy nie byłam silną osobowością, nie raziłam asertywnym stylem bycia. Jednak do szarej myszki wciąż było mi daleko.
Życie to nieustanny rozwój osobisty. Zdałam sobie sprawę, że to, co się ze mną dzieje, zmierza w przeciwną stronę niż powinno. Staję się zależna od drugiego człowieka.

Ten rok wiele mnie nauczył. Założyłam własną firmę i zrealizowałam około 20 różnych zleceń. Jestem z siebie dumna. Nauczyłam się pracy z ludźmi, rozwiązywania sytuacji bardziej lub mniej konfliktowych. Potrafię merytorycznie wyjaśniać swoje racje i sprawiać, że klient myśli, że zrobiłam to, co sam zaproponował. To ważne cechy, myślę, że kiedyś mi się przydadzą.

Rozwój zawodowy sprawił, że zechciałam ułożyć swoje życie osobiste. Przez długi czas nie byłam szczęśliwa w tym, co się dzieje. Pomimo wysokich zarobków Adama, ciągle byliśmy zależni od jego rodziców. Ciągle jesteśmy. Nie z naszej woli i nie z naszego wyboru. Mimowolnie. Ja chciałam się odseparować, Adam nie chciał.
Przedziwne...

Zmęczona jestem tym wszystkim ale może się uda... trzeba tylko oszczędzać, próbować poszukać czegoś nowego. Ale czy to w ogóle się uda???

środa, 10 września 2014

Dziwnie jest

Życie się zmieniło.
Filip poszedł do przedszkola z pierwszym września. Jest strasznie wygadany, śmieszny a przedszkole i panie uwielbia.

Ja się czuję... zapracowana. Mam teraz 4 godziny w ciągu dnia dla siebie. Tylko cztery bo od tego krótkiego czasu zaczęliśmy naszą przedszkolną przygodę. Pracuję, sprzątam, udaję że piszę pracę licencjacką.

Mam dużo na głowie ale więcej w głowie. Smutno jest tracić przyjaciół i czuć powoli, że nie jest się niezastąpionym. Dziwnie czuć niechęć. Dziwnie jest mieć swój świat w czterech ścianach i z dwoma osobami, z którymi można to dzielić. Jedna z nich ma trzy lata.

Rozwijam się. Zmieniam się. Nasze nowe mieszkanie się buduje, codziennie obserwuję co z nim robią, dzisiaj wstawiali okna w salonie. Niedawno jeszcze nawet nasze czwarte piętro nie stało...

Dobra koleżanka miała raka, wyszła z raka, mąż ją zostawił.
Inna poroniła niedawno.
Dziwne rzeczy się dzieją i nie wiem czy chcę brać w tym wszystkim udział. Nie wiem po prostu.


Mam chaos wszędzie.

A to ja ostatnio. Zchudłam. Ale chyba nie wyglądam źle.


wtorek, 12 sierpnia 2014

Oby do przodu.

Dawno mnie tu nie było. To nie tak, że nie chciałam. Nie wiedziałam jak pisać o tym, co się dzieje. A dzieje się wiele.

Od 1. maja ruszyłam z firmą. Na razie super się kręci. Wszystko jest tak, jak sobie to wymarzyłam. Zlecenia lecą, z miesiąca na miesiąc jest łatwiej to ogarnąć, zdjęcia też wychodzą lepsze. Jestem z siebie dumna. Nie ma na razie wielu zysków,ale najważniejsze, że dokładać też nie muszę.
Moje studio domowe jest już profesjonalne. Są tła, są akcesoria, jest oświetlenie. Żyć nie umierać.

Kończę studia. Fakt, że licencjat idzie mi dość opornie. Ten piątek spędzę sama w domu więc mam zamiar przysiąść porządnie. Żadne sklepy czy knajpy mnie nie odstraszą bo wszystko będzie zamknięte. Chcę się bronić we wrześniu.Zobaczymy jak to będzie... Mam taki nawał pracy, że nie wiem czy dam radę go skończyć w terminie. Ale coś za coś. Chciałam i jedno i drugie.

Filip jest duży. Bardzo duży. Mówi już o wszystkim. Uwielbia Strażaka Sama, ciągle ratuje kogoś z pożaru lub autobus który spadł z drogi do morza. Za miesiąc zaczynamy przedszkole. Czy będzie nam łatwo? Chyba nie. Czy powtórzy się żłobkowa historia? Chyba też nie.

Chciałam, aby moja rodzina była szczęśliwa. Być dobrym rodzicem, mamą, prowadzić dom, mieć szacunek do siebie nawzajem. Czy mi sie to udaje? Nie zawsze. Trudne jest pracować, uczyć się, prowadzić kogoś ciągle za rączkę i starać się aby w domu było czysto, zawsze był obiad... Tak się nie da. Ale może kiedyś...







poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Mini studio.

Mało coś piszę ostatnio, ale na szczęście i tak nikt tu nie zagląda.
Po co więc piszę? Nie wiem. Dla samej siebie? Bo pisanie dla widowni... no cóż, nie w moim stylu.

Założyłam firmę, muszę tylko odwiedzić okropny budynek ZUS i już z głowy. Samo założenie trwało 15 minut, papierzyska z tym związane ciągną się od ponad dwóch tygodni.
Ale kręci się mój interes, wrzuciłam na facebooka promocję, pojawiły się więc pierwsze zlecenia. Na razie niemalże za darmo - zyski są zupełnie niewidoczne kiedy uwzględniam wszystkie koszty.
Mimo wszystko postanowiłam zrobić małe - przenośne studio fotograficzne w domu i wyszło to dość tanio. Koszta będą rosły, bo to biznes w którym trzeba się rozwijać, ale będę się starała szukać oszczędności gdzie się da.


Po pierwsze - tło. Nieco niedbale zarzucone, więc widać zagniecenia. Do sesji jest ładniej. To po prostu miękki koc. Miałam go w domu. Zarzuciłam na dwa krzesła, przypięłam klamerkami, które kupiłam w empiku. Czysta prowizorka, ale dzięki temu studio jest przenośne. Krzesła ma w domu każdy, a dzięki temu mogę wykonać sesję zdjęciową maluszka w jego własnym domu. Koc na razie mam jeden, siostra w domu ma zielony, biały i fioletowy. Chyba się do niej wybiorę i jej po prostu podkradnę.

Po drugie - czapeczki. Nie było to może super tanie, ale było tańsze niż przewidywałam. Mam trzy czapki, do jednej z nich mam majteczki z ogonkiem króliczka. Dzisiaj powinnam dostać jeszcze jeden komplet, mam nadzieję, że do piątku dostanę ostatni. Łącznie 3 zestawy i chyba 6 czapek. Nie jest źle.

Sprzęt fotograficzny okazał się tutaj najmniejszym problemem. Bo mam wszystko, czego mi trzeba. Najdroższe zakupiłam na samym początku.

Po trzecie - reklama. Nie zdawałam sobie sprawy, jak szybko i łątwo można trafić do ludzi dzięki reklamie na facebooku. Po prostu wybierasz sobie odpowiedni target: wiek, płeć, status związku, posiadane dzieci... dzięki temu udało mi się zdobyć cztery dodatkowe zlecenia ślubne w tym roku!



Jestem zadowolona. Żeby tylko biurokracja mnie nie dobiła. Na razie zrezygnowałam z korzystania z usług księgowej... zobaczymy, czy wyjdzie mi to na dobre.

piątek, 11 kwietnia 2014

Samotność.

Ostatnio nie wiem co się dzieje w moim życiu. W ciągu paru tygodni przeszło prawdziwą rewolucję. To, co się stało między mną a Miśkiem, powoli się prostuje. Wdrożyliśmy kilka zasad. Zawsze byłam przeciwna dziwnym związkowym regulacjom ale okazuje się, że to działa.

Biznes mój rozwija się, choć podatki mnie zjadają. Ale mam pięć dużych zleceń na lato i jestem bardzo zadowolona.

Ostatnio czuję się bardzo samotna. Coś, co towarzyszyło mi przez wiele lat, i czego tak bardzo się bałam, powróciło. Nigdy nie byłam duszą towarzystwa, nie potrafiłam błyszczeć, brylować, zagadywać ludzi. Zawsze byłam cichą i spokojną szarą myszą, choć rozkręcałam się w bliższym gronie. Niestety zdałam sobie sprawę z tego, że nie mam już bliższego grona. Nie mam przyjaciół. Mam dwie siostry, którym wszystkiego nie opowiem, mam mamę, która się ode mnie oddala. To dziwne, że bliżsi są mi wirtualni znajomi, im nie boję się zwierzyć, zawsze wysłuchają, doradzą, czasem ktoś powie, że rozumie.

Niestety Misiek ma to samo, choć on w wirtualnym świecie nie żyje. Ja mam chociaż swoje forum, koleżanki... a on jednego bliskiego przyjaciela, który mieszka w innym mieście.

Kiedyś myślałam, że jako rodzice jesteśmy nudni. Nie da się z nami wyjść na piwo, nie da się spontanicznie umówić na kino czy na trening. Znajomi chodzili do pubów z muzyką na żywo albo umawiali się z nowo poznanymi ludźmi. Ludźmi, których tryb życia był bardziej zbliżony do nich.

Parę dni temu odkryliśmy, że w sumie nie jesteśmy nudni. To oni są. Gadają tylko o pracy a po spędzeniu w niej ośmiu godzin po prostu idą spać. Ciągle grają na kompie tyle samo co pięć lat temu, a jedynym nowym zainteresowaniem jest polityka. 


Dojrzewamy,
Dorastamy,
Zmieniamy się.
A czasami niestety te zmiany idą w różnych kierunkach. I sprawiają, że zamiast grona przyjaciół, ma się przy sobie "tylko" rodzinę.

A to mój wieczór: Wafle przekładane domową masą truflową, gra w dobble i Atlas Chmur. Już nie czuję się nudna.


piątek, 4 kwietnia 2014

Rodzinne mądrości.

Dzisiaj krótko i nie na temat. Zapisać muszę, bo ze śmiechu myślałam, że się przekręcę.

Konkluzja mojej siostry na temat zakończenia How I Met Your Mother. Zapewne niektórzy widzieli.

"To zupełnie tak, jakby ktoś cię zaprosił do super knajpy, podał fantastyczną przystawkę i dwa dania ale na deser, na ten deser, na który się tak długo czekało, podał kupę. I niestety świadomość o tym, że zjadło się kupę dochodzi do ciebie wtedy, kiedy się ją połknęło".

Nic dodać, nic ująć.
To tyle co u mnie.

poniedziałek, 31 marca 2014

Pustka

Nie układa nam się. Od dłuższego czasu jest źle, ciągle kłótnie i spięcia. To o połamany wieszak czy niewyrzucone śmieci, to o jakiś ton głosu czy po prostu o źle dobrane słowo. Nie jest dobrze.

Jesteśmy ze sobą długi czas, mieszkamy cztery lata razem. Filip w kwietniu skończy dwa i pół. Staliśmy się innymi ludźmi. Czy może ja jestem innym człowiekiem? Wiem, że prowokuję kłótnie, że jestem niecierpliwa, że nie umiem się normalnie porozumieć. Ale od dłuższego czasu nie czuję się szczęśliwa.

Mamy tyle planów i tyle marzeń a nie potrafimy się uporać z rzeczywistością. Kiedyś myślałam, że gdy On w końcu dojrzeje do ślubu to będzie nam lepiej, to w końcu wszystko będzie jak trzeba. Bo tego właśnie potrzebowałam. A teraz, gdy został tylko rok, gdy data coraz bliżej, gdy tyle spraw jest zarezerwowanych, czuję, że to nie była dobra decyzja, że sama do tego nie dojrzałam.

Nie jesteśmy szczęśliwi i powiedzieliśmy to sobie. A nadal w to brniemy. Czy to moja niesamodzielność powoduje, że nadal w tym tkwię? Przecież to o mnie chodzi. On jest dobry, nigdy nawet na mnie nie krzyknął, zawsze mówi spokojnie. To ja się awanturuję, trzaskam drzwiami i obrażam. A nie wiem na co i dlaczego bo On mi nie daje powodu.

Mam problem.
Ze sobą, z nami.
Czuję taką wielką pustkę i nie wiem gdzie mam uciec.
Tak bardzo smutny jest ten dzisiejszy dzień...

poniedziałek, 17 marca 2014

Hipsterskie poranki z moim synem.

Jak w temacie. Nie powiem, żeby oszczedzanie szło mi jakoś oszałamiająco dobrze ale za to lans jest.

środa, 12 marca 2014

Duże decyzje.

Ciekawi mnie jak to się dzieje, że niektórzy potrafią spokojnie podejmować wszelkie decyzje. Na chłodno, bez emocji, tylko plusy i minusy. Ja tak nie potrafię. Mam burzę mózgów, szaleństwo, płacz pomieszany z euforią. Kalejdoskop emocji.

Zawsze byłam bardzo emocjonalna, choć w ostatnich latach nieco się uspokoiłam. Nie urządzam dzikich awantur, nie wszczynam głupich kłótni, jestem jednak bardziej asertywna i dobrze bronię swojego zdania. Kiedy w grę wchodzą Duże Decyzje nie umiem spokojnie siedzieć i myśleć. Analizuję szybko, często zmieniając zdanie, szukając co chwila argumentów dla poparcia tezy, która akurat pasuje mi do nastroju. Dziwne? Może. Ale prawda jest taka, że będąc zmęczona jestem okropnym czarnowidzem, ciągle płaczę, wręcz histeryzuję a każda zaleta jest wadą samą w sobie. Z kolei rano, kiedy świeci słońce, jestem energiczna, myślę pozytywnie, gnam do przodu.
Pytanie brzmi: Czy to normalne? Czy to cecha prawdziwej kobiety czy po prostu histeryczki?

Wczoraj klamka zapadła i Duża Decyzja została podjęta. Nie do końca za moją aprobatą ale w końcu zostałam przegłosowana, a dzisiaj, oczywiście, myślę, że to był całkiem niezły pomysł.
Mamy mieszkanie. Nasze pierwsze mieszkanie. W ustronnym miejscu ale w centrum, niewielkie ale z tarasem, z kredytem ale niedużym.
Duże Decyzje są ciężkie w podjęciu, mają swoje konsekwencje i wymagają pewnych poświęceń. Dlatego są duże.
Czy podołamy? Pewnie tak. Pewnie życie będzie skromniejsze przez te parę lat kredytowania, ale w końcu we wrześniu wracam do pracy i nie będzie tak źle. Wesele pewnie zrobimy małe i skromne, ale cieszymy się, że w ogóle mamy te dwie rzeczy.

Nie narzekam, to bez sensu.
Czy w ogóle mam na co?




środa, 5 marca 2014

O chorowaniu.

Bycie chorym raczej nie należy do przyjemnych spraw. Wysoka gorączka cięła mnie z nóg i położyła na parę dni w łóżku. Antybiotyk, herbata z sokiem i najlepiej odpoczywać. Tylko jak tu odpocząć jak się ma dwulatka w domu?

Chorowanie jednak ma swoje zalety. Pierwsza z nich: śniadanie do łóżka. Druga z nich: nikt się nie przyczepia, że w domu masz bałagan. Trzecia: nikt nie odważy się zwrócić ci uwagi, że zioniesz czosnkiem na duże odległości. Pozostał też czwarty i najważniejszy: można się przekonać jak wrażliwego i empatycznego synka się wychowało.
Otóż Filip podaje mi lekarstwa "na niby", pyta jak się czuję, robi cacy, przynosi chusteczki. Jednak co mnie rozczuliło najbardziej, to gdy chciałam iść na drzemkę, moje kochane dziecko przyniosło mi swoje ulubione samochody i pluszaki, żeby mi się lepiej spało!!! Poczułam wielką dumę ze swoich dokonań wychowawczych. Empatia ważna rzecz, a jak się jej nauczy za młodu to mam nadzieję, że stanie się ważną cechą.

A wracając do czosnku, skoro moje dziecko posiada cechy prawdziwego mężczyzny ale wykazuje też wrażliwość, musiałam sprawdzić, czy ostatnia najważniejsza i typowa cecha dla mojej rodziny też się zgadza. Tak więc po zjedzeniu dwóch kanapek z twarogiem, posypanym dużym ząbkiem czosnku na każdą z nich, chuchnęłam małemu człowiekowi w małą buziuchnę i zapytałam "brzydko pachnie?". Odpowiedź mogła być tylko jedna "nieeee, ładnie pachnie, ładnie". No cóż Panie Filipie, wdał się Pan w tatusia :P

poniedziałek, 24 lutego 2014

3 lata.

Dokładnie 24 lutego, trzy lata wstecz, dowiedziałam się o istnieniu małej Drobinki, która zmieniła nasze życie już na zawsze. Ten dzień zawsze traktuję jak takie "kolejne urodziny", ważną rocznicę, myślę nawet, że najważniejszą ze wszystkich rocznic.

Nie mam za dużo do dodania dzisiejszego dnia. Chciałam tylko napisać, że tyle rzeczy zmieniło się od tego czasu. Nie tylko u Filipka ale też u mnie. Zaczęłam bardziej doceniać to, co mam. Kończę właśnie studia, które zaczęłam będąc w 9 miesiącu ciąży. Stałam się wyjątkowo spokojnym człowiekiem wobec moich najbliższych. Nie stresuję się bez powodu, jestem asertywna, dbam o swoje pasje. Czy to samo miałam trzy lata temu? Nie. Nie miałam z tego nic. Bilans jest w stu procentach "na plus". Ciekawe, czy trzy lata w przód będę umiała powiedzieć to samo. Mam nadzieję, że tak.

Dwa lata temu:


Rok temu:

Teraz:



piątek, 21 lutego 2014

Matka - agresor.

Kiedy człowiek staje się dorosły? Kiedy kończy 18 lat? To bzdura, w którą wierzą wszystkie szesnastolatki. Jak się wyprowadzamy z rodzinnego domu? Nie wiem, ja się nadal czułam tak samo, chodziłam w końcu jeszcze do liceum. Kiedy rodzi się dziecko? Może, choć wbrew pozorom przyjście na świat malucha zmienia wiele rzeczy w życiu ale nie zmienia naszego charakteru, tym, kim jesteśmy. To kolejny dzień w naszym życiu, nie odcina grubą i jaskrawą kreską tego, co było. To następstwo tego, na co się czekało przez wiele miesięcy więc choć jest to niewątpliwie zmiana, to sposób w jaki myślimy, postrzegamy świat, nie zmienia się mocno. W końcu nadal lubimy te same rzeczy, a myśli układają się w podobny sposób. Nie zmienia się barwa głosu, wygląd zewnętrzny. Stałam się mamą, ale czy stałam się dorosła?

Wczoraj leżąc z łóżku i nie mogąc zasnąć pomyślałam sobie - umiem walczyć o swoje. Jestem dorosła. Koniec z nieśmiałością, z krępowaniem się, z "co ludzie powiedzą". Jak czegoś potrzebuję to walczę. Jak mnie ktoś denerwuje, to potrafię to okazać. Jestem matką-agresorem. Lwicą.

Myślę  tym, co stało się w nocy. Jest przed pierwszą, próbuję zasnąć. Filip śpi twardo w salonie, a ja w sypialni przekręcam się z boku na bok. Wszystkie okna zamknięte ale słychać śmiechy, chichoty i rozmowy. Gadali tak głośno, że mogłam spokojnie opowiedzieć o czym, choć dzieliła nas gruba szyba i dwa piętra wysokości. Wstałam, ubrałam kurtkę, poszłam na balkon i zaczynam tyradę. Ale towarzystwo mnie nie słyszy. To mówię głośniej. Nie agresywnie, ale o tym, że za zamkniętymi oknami ich słychać, że palić można cicho a imprezować w środku. Myślę, że nie przesadziłam, bo nie rzuciłam nic o policji, ciszy nocnej, o wrednych i hałaśliwych studentach.

Ta jedna rozmowa dała mi do myślenia. Kiedy stanęłam po drugiej stronie okna? Jeszcze niedawno sama bym stała na balkonie, paliła papierosy i piła piwo. A teraz jestem tym wrednym sąsiadem - matką z dzieckiem, której wszystko przeszkadza, która wrzeszczy na sąsiadów o pierwszej w nocy za głośne rozmowy. Zdałam sobie sprawę, że jestem teraz kimś innym. Choć mam dwadzieścia-parę, studiuję, to dla innych jestem człowiekiem z nie tego świata. Należę do powszechnie występującego gatunku matek agresywnych.

Jak patrzę w minione dni, nauczyłam się walczyć o swoje. Parę dni temu idąc z Filipkiem za rączkę po ulicy minęła nas kobieta. Rozmawiała przez telefon, a w drugiej ręce miała ogromną, skórzaną torbę. Przechodzi obok nas i torbą Filipa po głowie. Filip nic. Nie drgnął, choć mogło go to zaskoczyć. A ja... jak nie ja! Odwracam się i krzyczę do babska, że ma uważać, jak chodzi. Doszło do ostrej wymiany zdań, ale nie odpuściłam. W końcu zaatakowała moje dziecko! Czy kiedyś bym tak postąpiła? Pewnie nie. Czy jestem z siebie dumna? Absolutnie! W końcu co to za matka, która nie dba o swoich najbliższych.

Dorosłość to dziwna rzecz. Jeszcze dziwniejsze jest, jak nagle zauważamy, że jesteśmy zupełnie innymi ludźmi. Jak jedne cechy ustępują miejsca drugim.
Takie o to myśli nachodzą mnie, po tym, jak ochrzanię głośnych sąsiadów. Bo w końcu wyszłam, przewietrzyłam się i znowu nie mogę zasnąć. Bosko.

A to mi się udało wyhodować na oknie. Wiosna zawitała nieco wcześniej :)


środa, 19 lutego 2014

Stoi na stacji mokotywa...

Siedzi Filip na łóżku, bawi się "brum-brumem" i nuci pod nosem: "stoi na stacji mokotywa, ciężka, sapie, buch, koła w ruch, maszyna nie stal, nie piłeczka, przez góry przez tunel...".

Matka oczywiście stoi jak wryta. No bo jak to? I zaczynam mówić:
- Stoi na stacji...
- Mokotywa! - woła Filip
- Wielka i ciężka i pot z niej...
- Pływa!
- Tłusta...
- Oliwa!
- Stoi i...
- Sapie!
- Dyszy i...
- Mucha!
- Żar z rozgrzanego jej...
- brzucha bucha!
- Uff jak...
- Goląco!

Właściwie jest w stanie dopowiedzieć cały wierszyk do końca. Wyliczając wszystkie wagony (ćteldzieści!) cieszy się za każdym razem widząc mój podziw. A ciężko nie pękać z dumy, skoro ostatnio wierszyk o lokomotywie słyszał parę tygodni temu. Dzieciaki to mądre bestie są...

wtorek, 4 lutego 2014

Smutny zawód - fotograf.

Stało się - dopadła mnie ludzka zawiść. Z racji, że zaczynam sobie coraz lepiej radzić w fotograficznym świecie, a do tego nie inkasuję potężnych sum pieniędzy, zdobywam klientów z różnych okazji. Reportaże ślubne, chrzciny, sesje i tym podobne.

Co sprawiło, że będę brała za to pieniądze? W końcu ostatnio robiłam to za darmo. No właśnie. Za darmo. Czyli źle. Bo to, że ktoś chce się uczyć, chce zdobywać doświadczenie albo realizować pasję jest ZŁE. To, że początkujący wchodzi na bezczelny rynek fotografii też jest ZŁE. Bo uwaga: zabiera miejsca pracy. Psuje rynek. Sprawia, że ludzie wybierają tańszego fotografa zamiast płacić komuś 2000zł za to samo.

Jakiś czas temu dostałam maila. Od człowieka, któremu nie podoba się to, że fotografuję za darmo. Zwyzywał mnie, oczywiście nie podpisał się. Olałam, to się zdarza. Parę tygodni później dostałam kolejnego maila, od innej osoby. Ta się podpisała. Pogratulowała mi "super pomysłu". A wiecie jakiego? Zamieszczenia ogłoszenia za darmo a potem nabijania darmowych klientów w butelkę. Okazało się, że ktoś zamieścił ogłoszenie na serwisie, na którym sama się ogłaszam, że "fotografka Natalia wystawiła mnie w dniu ślubu" i "wysłała smsa, że nie przyjdzie godzinę przed ceremonią". I człowiek, który wysłał mi wiadomość, żeby mi pogratulować, uznał, że na pewno jestem profesjonalistą, który chce w ten sposób pozbyć się konkurencji.

ŻE CO???????

Tak. W ten sposób fotografowie pozbywają się darmowej konkurencji i zwalczają ludzi, którym zachciało się darmowych zdjęć. Im więcej takich ogłoszeń tym mniej osób się na to zdecyduje, bo za duże ryzyko. Dla mnie to był po prostu szok.

Fotograf. Jaki to smutny zawód. Jakie to przygnębiające, że człowiek, aby dostać zlecenie ucieka się do oczerniania innych, wstawiania fałszywych informacji, czyli de facto łamania prawa. Ogłoszenie "oczerniające" zostało zdjęte na moją prośbę, bo powiedziałam, że łamie ustawę o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji. Moje ogłoszenie też zostało zdjęte. Uznałam, że lepiej brać grosze niż brać udział w nagonce na darmowego fotografa. A właściwie zostać jej ofiarą,

Przykre, że fotograf nie rozumie prawa konkurencji i wolnego rynku. Ktoś chce płacić mniej - zapłaci mniej i dostanie to, za co zapłacił. Ktoś chce zapłacić więcej - wynajmnie profesjonalistę z doświadczeniem na rynku. Podając małą cenę w ciągu tygodnia zapchałam wszystkie czerwcowe weekendy. Czyli komuś podobają się moje zdjęcia, ktoś jest w stanie mi zaufać, że nie zepsuję jego jedynego dnia. Nie jest źle. 
W supermarkecie mamy do wyboru  szynkę i wyrób szynkopodobny. Kto kupi 100% mięsa? Ten, kogo na to stać, komu zależy na zdrowym i smacznym jedzeniu. Gorszą szynkę kupi ten, kto chce ale nie wymaga. Dla kogo jakość nie jest priorytetem. Czy w przypadku fotografii jest naprawdę tak wielka różnica?

Spęd fotografów, najeżdżających na innych na facebooku pozdrawiam. Udławcie się swoim jadem.