piątek, 29 listopada 2013

Nauka Czytania

Z racji, że moje dziecko nie umie zająć się same sobą nawet przez chwilę, jeśli tym zajęciem nie jest "Peppa Pig" czy "Bob Budowniczy" nie mam za dużo czasu, żeby chociażby dodawać nowe posty. Nie przepadam za puszczaniem mojemu dziecku bajek, wolę jak układa puzzle, gra w domino czy choćby buduje z klocków. Niestety do wszystkich wspomnianych czynności Filip potrzebuje mojej pomocy. Umie wszystko zrobić sam, ale "mama bawi" to wystarczający argument. A czasem mój mózg potrzebuje odpocząć i się zresetować. W poszukiwaniu sposobu na chwilę spokoju trafiłam na naukę czytania.


Parę miesięcy temu usłyszałam o "Cichej Rewolucji". Serii książek, w których prezentowane są sposoby na rozwijania swojego dziecka. Książka jest zarówno dla zwykłych jak i niezwykłych dzieci - czyli tych niepełnosprawnych. Książka, którą posiadam w domu mówi o nauce czytania od... 11 miesiąca życia!

Według tej teorii właśnie wtedy maluch jest najbardziej chłonny i najłatwiej mu będzie nauczyć się czytać. Najgorszy zaś wiek to... 6 rok życia, czyli wtedy, gdy idzie do szkoły i bardzo często po raz pierwszy styka się z samodzielnym czytaniem.

Myślę, że nie trzeba czytać mądrych książek, żeby starać się nauczyć swoje dziecko czytać. Wystarczy dwa razy dziennie pokazywać wyrazy napisane dużymi (to bardzo ważne) literami na białej kartce. My w początkowym zestawie mieliśmy ich pięć a teraz po miesiącu jest ich osiem, wszystkie wydrukowane na grubej kartce.



Oczywiście nie liczę na to, że za pół roku będzie czytał wszystkie książki. Mimo wszystko widzę postępy - następują błyskawicznie! W naszej puli znajdują się aktualnie słowa:

- brum brum
- miau miau
- pa pa
- Fifi
- tak
- nie
- mama
- kocham

Słów oczywiście jeszcze nie łączymy, na razie pozwalamy spokojnie pracować małej mózgownicy. Mam nadzieję, że niedługo będę mogła poinformować o kolejnych postępach a w końcu także o... godzinie spędzonej na samodzielnym czytaniu ;-)

wtorek, 26 listopada 2013

Ciastolina



Nie wiem, czy spośród osób - mam i nie tylko, mojego pokolenia, jest ktoś, kto nie kojarzy tej kolorowej masy. Jak byłam mała, ciastolina należała do moich ulubionych zabaw. Jej przewaga nad zwykłą plasteliną jest ogromna: nie lepi się do wszystkiego, jest zmywalna, nietoksyczna i ekologiczna. Myślę, że cena także przemawia na jej korzyść: za cztery kolorowe kubeczki zapłaciłam nieco ponad 20zł. Ale to dopiero zestaw podstawowy. Są pieczątki, wyciskarki, maszynki... Mimo wszystko mały zestaw gwarantuje kilkadziesiąt godzin udanej zabawy.





Dzieło może nie najpiękniejsze, ale myślę, że dojdziemy do lepszej wprawy ;-)

piątek, 22 listopada 2013

Trochę o gotowaniu.

 Gotowanie zawsze było dla mnie wyzwaniem. W domu robiła to moja mama, a gdy chciałam się czegoś nauczyć, stała nad głową i, koniec końców, robiła wszystko po swojemu. Kiedy poznałam Miśka i wyprowadziłam się z domu nie umiałam zrobić nic, ba! Nie chciałam posolić wody na makaron "bo zepsuję". Cały czas pamiętam, jak zaprosiliśmy pierwszy raz moją mamę na obiad. Kiedy zadzwonił domofon powiedzieliśmy jej, żeby szła za zapachem dymu. A po prostu zapomnieliśmy o oleju, który ciągle grzał się na kuchence. No dobra, ja zapomniałam. Misiek o mało nie dostał zawału, kiedy zdjął pokrywkę a na naszych oczach pojawił się metrowy słup ognia. Obiad się udał, chociaż odbywał się w atmosferze spalenizny. A olej jeszcze dwie godziny później palił się w garnku, chociaż ten od dawna stał przykryty na balkonie .

Ale gotować się nauczyłam. W większości z pół produktów czyli torebek, słoików i tym podobnych. Im mniej skomplikowane, tym lepiej. Nadal nie byłam fanką gotowania, ale trzeba było coś jeść. Mimo wszystko od domowych obiadów własnej roboty wolałam się przejść do McDonald's. To, co wypociłam w kuchni Misiek dostawał do pracy. Szczęście miał biedaczek, że nie było to często. Ale nie narzekał, nawet czasem pochwalił. Ja, jako, że wyrosłam w domu, gdzie zawsze na stole był przyzwoity posiłek, byłam dla siebie bardziej krytyczna.

Co się stało, że to się zmieniło? Nie mam zielonego pojęcia. Może to, że nieco trzeba zacisnąć pasa bo za dużo wydajemy? Albo fakt, że jedzenie, które Misiek dostaje w pracowniczej stołówce już nie pierwszy raz przyprawiło go o ból brzucha a nawet lekkie zawirowania żołądkowe. Mus, to mus, a dziecko też coś musi zjeść. Tak więc od paru tygodni jestem kucharką.
Eksperymenty nie są mi obce. Naleśniki z ciekawym farszem, czosnkowe pulpety z indyka, gulasz drobiowy lub z czerwonego mięsa. Misiek się śmieje i nazywa "Mój mały Gordon". Teraz właśnie na kuchence gotuje się pomidorowa krem. Dotychczas dałam rade zrobić tylko rosół. A tu, proszę.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że naprawdę to lubię - spędzać w kuchni tyle godzin, żeby zjeść w 15 minut. Ale jakby ktoś mi to powiedział 4 lata temu... ;)

czwartek, 21 listopada 2013

Życie z dwulatkiem.

Filip się zmienia i każdy dzień jest inny. Pod tym względem dwulatek przypomina noworodka – każdy moment jest inny. Kiedyś gaworzenie, teraz pełne zdania. Kiedyś uśmiechy i pojedynczy chichot, teraz skakanie, śmiechy i dowcipy.
Dwulatek nie wymaga też wiele uwagi. Więcej robi sam, lubi oglądać bajki, a kiedy je, mam obie ręce wolne. Tylko życie jest dużo śmieszniejsze niż z małym bobasem.

Nie wiem, kiedy inne dzieci zaczynają gadać, nie mam porównania, jednak Fifi jest już w 100% komunikatywny. Boli brzuch? Chce siusiu? Jest głodny? Zawsze się upomni. Do tego jesteśmy już prawie bez pieluch, Filip nosi je jedynie w nocy i na wyjście, choć w nocy już jest tylko asekuracyjnie.


Uważam, że najtrudniejszy okres mamy za sobą. Mimo wszystko nadal mam w domu słodkiego dzieciaczka, który pięknie się śmieje i dostarcza masę radości.  


poniedziałek, 4 listopada 2013

Mieszkaniowo

Ostatnio na jednej zmianie się nie kończy. Postanowiliśmy z Miśkiem kupić większe mieszkanie. Wprawdzie mamy 50 metrów ale z tak fatalnym rozkładem, że dwójka się mieści idealnie, trójka już gorzej.
Szukamy więc czegoś większego, szukamy kredytów na lat dwadzieścia parę, szukamy czegoś, co złączy nas bardziej niż ceremonia czy urzędnik. Papier, podpis, hipoteka. Czemu jest to aż tak przerażające?

Ludzie mają obiekcje przed ślubami, nie chcą się wiązać bo boją się zobowiązań. Małżeństwo to odpowiedzialność za drugą osobę, za jej bezpieczeństwo i zdrowie.
Kredyt z kolei to podjęcie zobowiązania finansowego. Czy jest mniejsze? Moim zdaniem wręcz przeciwnie. Gdy drogi pary się rozejdą nie wystarczy podpisać papierka rozwodowego. Pozostaje jeszcze X tysięcy, które często, gdy jedno nie może spłacić drugiego (a kredyty się bierze jak się pieniędzy nie ma).

Czy dlatego ta hipoteka tak mnie przeraża?
Znów muszę się z czymś przespać, znów jakieś plany stresują mnie i odsuwają od przyziemnych obowiązków.
Powiem wprost: wcale mi się to nie podoba.

Dzisiaj jedziemy obejrzeć pierwszą weselną salę a wczoraj ruszył mój profil na facebooku. Tak więc zapraszam: Fotografia Natalia Kazanowska. Na razie pusto ale mam nadzieję, że tylko chwilowo. Tak czy inaczej zapraszam!!!