poniedziałek, 14 października 2013

Histeria, czyli dlaczego nie idziemy do żłobka.

O żłobku pisałam coś już jakiś czas temu. Zdecydowałam się na niego z wielu powodów a jednym z nich była chęć zapewnienia towarzystwa Filipkowi oraz możliwości rozwoju w trochę innym środowisku. Z drugiej strony była zaś moja chęć i potrzeba odpoczynku oraz samorozwoju.

Żłobka szukałam długo. Któż z nas oddałby największy skarb w ręce pierwszego-lepszego ośrodka? Szukałam więc, patrzyłam, porównywałam. W końcu znalazłam, 15 minut od domu, w biurowcu, obok kawiarnia gdzie zestresowana matka może spędzać pierwsze godziny i być na każde zawołanie. Żłobek idealny. Nowy, czysty, miłe panie, fajna grupa, dużo zabawek, plac zabaw w środku. Poszliśmy więc na dni adaptacyjne. Rodzic razem z dzieckiem.

Filip wszedł zachwycony. Zabawki, kolory, towarzystwo urzekło go od razu. Raj dla dziecka. Niestety raj był tylko wtedy gdy obok  była mama.
Zostawiałam go raz na jakiś czas na 10-20 minut. I z początku było okej. A potem płacz, nagle, nie wiadomo skąd. Płakał do czasu aż przyszłam czyli nie na długo. Wiele dzieci ma ciężki start w żłobku ale przyzwyczajają się z czasem. Poznają otoczenie i panie wychowawczynie, jakoś dają sobie radę w grupie. Po trzech dniach dni adaptacyjnych pojechaliśmy na wakacje i wychodząc ze żłobka postanowiłam, że od poniedziałku po powrocie Fifi zostaje już na pół godzinki, potem na godzinę i każdego dnia coraz więcej. Trzeba się przyzwyczajać do bycia przedszkolakiem.

Niestety po powrocie do domu nie było już tak różowo. Filip bał się za każdym razem gdy zniknęłam na zakręcie. Nie mogłam sama pójść do toalety, nie chciał mnie tracić z zasięgu wzroku. Gdy następnego dnia wyjechaliśmy do Hiszpanii okazało się że problem nie znika a wręcz nasila się. Nieznany mu hotel i tata który ciągle gdzieś znika, a to do samochodu a to do toalety. Było widać w jakim stresie może być dwulatek, jak bardzo zostało zachwiane jego poczucie bezpieczeństwa. Nocne pobudki z okrzykami, lęk za każdym razem gdy zrywam się z kanapy odebrać telefon czy też nawet zalać herbatę wrzątkiem pokazuje, że Filip do dziś się nie uspokoił.

Tak więc ze żłobkiem zaczekamy. Jest mi trochę przykro, liczyłam na chwilę odpoczynku, ale z drugiej strony nie mamy przymusu, nie muszę wracać do pracy tak więc nie ma problemu co robić dalej. Niestety chwilę zajmie mi odbudowywanie zaufania mojego dziecka, które cały czas woli przebywać w towarzystwie taty a mnie nie chce się nawet wziąć na ręce. Nie spodziewałam się, że to, co miało być dla niego obróci się przeciwko nam wszystkim.

Zostajemy na razie w domu, w naszej codziennej, domowej rutynie, chodząc na spacery, budując garaże i robiąc wciąż to samo co przez ostatnie miesiące. Rutyna? Może. Ale czasem rutyna okazuje się być dobra.

Swoją drogą dzisiaj u nas, w Gdańsku 20 stopni, w sam raz na spacer nad morzem. A gdyby był żłobek zapewne siedzielibyśmy wtedy i uspokajali Filipka, mówiąc, ze wszystko będzie dobrze.

1 komentarz:

  1. ja bym się bała zostawić kochanego szkraba w żłobku (gdybym go oczywiście miała i umiała sobie wyobrazić macierzyństwo).
    szanuję decyzję i wysokie temperatury.

    OdpowiedzUsuń