poniedziałek, 21 października 2013

Happy Never Ending

Z racji moich ostatnich romantycznych wywodów (aż dwóch!) postanowiłam pójść nieco dalej. Uwielbiam romantyczne komedie, książki i historie. Nie mam ich z kim oglądać, jako, że siostry pracują lub mają swoje życie, koleżanek wokół brak (trochę jakby specjalnie zwiewały za granicę, kto to wie ;-)) a mój luby-narzeczony Misiek w takowych nie gustuje. Parę razy namówiłam go na Woody'ego Allena co uważam za niezły postęp, ale - na litość boską - jak kazał mi oglądać Helsinga Ultimate tuż przed zaśnięciem to też nie byłam zbyt chętna. Takie życie.

Czasami, zwykle zaraz po filmie / książce zastanawiam się ile z takich historii przytrafia się w normalnym życiu. Nie mówię tutaj o wszystkich przypadkach z filmów z Meg Ryan czy Hugh Grantem (swoją drogą nie cierpię Hugh Granta) ale o jego małym odsetku. Zagubiona szara myszka spotyka fantastycznego romantyka i samca alfa w jednym, który nie boi się kupować kwiatów i prawić komplementów bla bla przeciwności losu bla bla i żyli długo i szczęśliwe. Romantyczny pocałunek, ślub, dzieci, wyzdrowiała z choroby, co-tam-jeszcze-możliwe.

Idąc tym tropem zastanawiam się... a co jest dalej? Po tym, jak już spotkali się / zamieszkali razem / pobrali się / pozbyli się typa z pod ciemnej gwiazdy bądź podłej teściowej? Co się dalej dzieje w ich życiu gdy rodzi się dziecko, ona się roztyje a on odmawia zmieniania pieluch? Czy kochałybyśmy tak samo naszych ulubionych bohaterów wiedząc, że mają jakieś ukryte wady, manie, zwyczaje? Jakbyśmy wiedziały, że kłócą się o nieopuszczoną klapę w toalecie?

Dobra, trochę za daleko zaszłam. Czy nie jest nam lepiej w życiu, wiedząc, że zawsze już będą razem, będą się kochać, wspierać i nigdy się nie zawiodą? Tylko, że nikt tak nie powiedział. Same sobie to wmawiamy, chociaż wiemy, że to niemożliwe. Wydaje mi się, że każda kobieta, która kiedyś przeżyła miłość albo też zawód miłosny też miała taką chwilę w swoim życiu. Takie zwieńczenie bajki. A czy dalej już było tak samo bajecznie? Chyba wszystkie to wiemy.


Może trochę bez ładu i składu, może dziwny ten wpis z dzisiaj. Ja chyba doszłam do takiego "zwieńczenia bajki". Czuję, że będziemy żyli-długo-i-szczęśliwie-na-zawsze. A co będzie dalej? Co przyniesie przyszłość? A czy to ważne? Teraz jest dobrze. I chyba o to chodzi w tych historiach nierealnie idealnych. Nie chcemy wiedzieć co przyniesie przyszłość, bo teraźniejszość nam odpowiada. I mam nadzieję, że dla każdej z nas przyszłość będzie (lub była) tak samo cudowna, chociaż może trochę przyziemna, jak to bajkowe zakończenie historii.

Pozdrawiam!

2 komentarze:

  1. haha, właśnie od tego są filmy, pokazują (nie)idealne życie, a nie wiemy, co się wydarzy, jak się zestarzeją - może rozstaną się przez jakąś głupotę 2 miesiące po zakończeniu akcji filmu? ;)
    pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. No to mi dałaś zagwozdkę. Tak naprawdę, nigdy o niczym takim nie myślałam :) Jest film, to jest, są razem - to są. Zamykają się w urwanym scenariuszu jak w pudełku i mam przeświadczenie, że tak po prostu zostało i że nie trzeba się nad tym rozwlekac.

    OdpowiedzUsuń