niedziela, 13 października 2013

Barcelona? Nie, dziękuję!

A więc nadeszła chwila, żeby usiąść spokojnie z kubkiem naprawdę dużej kawy i napisać coś o tych cudownych wakacjach, które właśnie się skończyły. Jak je szybko podsumować? Najłatwiej chyba zdaniem: Nigdy nie pojadę już do dużego miasta.

W swoim dość krótkim życiu zwiedziłam stolice Francji, Wielkiej Brytanii, Danii i Holandii z czego niektóre z nich więcej niż raz. Do tego byłam nie raz w Hiszpanii i w Szwecji, za każdym razem zatrzymując się w metropoliach. Jarały mnie muzea, ruchliwe ulice, stare zabytki znane z pocztówek i plakatów. Za każdym razem wracałam zadowolona... ale też zmęczona.

Tegoroczny urlop planowaliśmy w Barcelonie, ale loty były dość drogie więc zdecydowaliśmy się na inne lotnisko, położone 100km na północ, w stolicy prowincji, Gironie. A ponieważ do Barcelony daleko, nie chcieliśmy wozić tej naszej pociechy autobusem i postanowiliśmy wynająć auto. Kiedy zaczęłam czytać o regionie, Katalonia wydała się równie interesująca jak jej stolica, a ponieważ w Barcelonie już byłam postanowiłam podzielić podróż i zabukowałam pięć nocy w Gironie i dwie w Barcelonie. 

Pierwsza część urlopu - bajka! Dzięki wynajęciu samochodu udało nam się zobaczyć przecudne średniowieczne rynki i zamki na klifie, zobaczyliśmy Pireneje i jednocześnie błękit Morza Śródziemnego. A w momencie zmęczenia naszego lub Filipa mogliśmy w każdej chwili ewakuować się do samochodu i odpocząć w drodze powrotnej. Tak, odpocząć, bo drogi są równe jakby zostały położone wczoraj a kierowcy spokojni, wyluzowani i jeżdżą zaskakująco wolno. Do tego hotel, położony 15 minut spacerem od pięknej starówki Girony, przemili ludzie, dobre jedzenie... Do Barcelony wyjeżdżaliśmy z dużym żalem. I niestety samo miasto nie poprawiło naszego nastawienia.

Barcelona jest ogromna. Co mnie jakoś specjalnie nie dziwi ale było to dla nas dużą przeszkodą. Z hotelu było ponad pół godziny na plażę, co oznaczało, że całą drogę Filip musiał przesiedzieć w wózku. Po swobodnym bieganiu po starówkach innych miast było to dla niego niemiłe zaskoczenie. Niestety nie dało się jeździć po mieście samochodem i to nie z powodu dużego ruchu, gdyż jazda odbywa się dość płynnie. Nie ma miejsc parkingowych, a jeśli coś się uda znaleźć jest to dość sporo płatne. Pozostał nam więc parking hotelowy (18€ za dobę) i... nogi. Ogromem miasta, odległościami, hałasem i tłokiem zmęczyliśmy się po dwóch godzinach. Tak więc następnego dnia wstaliśmy wcześnie i wyjechaliśmy z miasta do Montserrat, klasztoru w górach, znajdującego się 40km na zachód.

Z dzieckiem nie da się podróżować po wielkich miastach. Zwłaszcza z dwulatkiem, który musi biegać, oglądać, jest ciągle spragniony wrażeń i bodźców. Barcelona jest pięknym miastem czego nie da się ukryć. To taki piękniejszy Paryż. Może trzy, cztery lata temu, kiedy podróżowaliśmy z Miśkiem samotnie, dalibyśmy radę zobaczyć więcej niż Sagrada Familia, która była 10 minut od hotelu. Tym razem to wszystko nas przerosło.

Ostatniego dnia wróciliśmy do Girony, do znanego nam hotelu, poszliśmy na znaną starówkę i zjedliśmy kolację w znanej knajpie odpoczywając przed porannym wylotem. O jedno proszę - gdy powiem, że chcę zobaczyć miasto, które ma powyżej 100tys mieszkańców proszę o kulkę w łeb. 

Metropolia - nie dziękuję!

Pals


Besalú



Barcelona


Monasterio de Montserrat


1 komentarz:

  1. wiedziałam, że napiszesz :) mi się podobało w Barcelonie, ale rzeczywiście, na piechotę niektóre dystanse odstraszały ;)
    Twoje zdjęcia mają takie piękne kolory...

    OdpowiedzUsuń