czwartek, 24 października 2013

Czas leci za szybko!

Lista rzeczy do zrobienia nieubłagalnie się wydłuża. Nauka na najbliższy zjazd, odrobienie poprzedniego (na który nie poszłam), projekt na praktyki, prezent urodzinowy dla Filipa na jutro, wypowiedzenie żłobkowe... no i jeden najbliższy dzień żeby to zrobić, włączając w to dzisiejszy wieczór, jako, że jutro jest impreza i nie zrobię wieczorem już nic.

Halo, halo, czy doba musi mieć tylko 24 godziny? Oczywiście połowę zajmuje mi planowanie najpiękniejszego dnia mojego życia. Misiek wybrał odpowiedni moment - kiedy nie mam czasu na myślenie zaczynam to robić z nadmiarem.

Całe szczęście we wtorki i w czwartki (czyli dni kiedy Misiek wraca po 20.00) Filip kładzie się spać o 18.30. Moje cudowne zabiegi z kładzeniem go coraz wcześniej spać (aby mieć coraz więcej czasu wolnego) dają cudowne efekty.  Z tym, że zamiast robić choć część z zaplanowanych wcześniej rzeczy, ja siedzę i piszę na bloga oraz obliczam ślubny budżet. Masakra.

Tak więc dzisiaj tylko daję znać, że żyję. A jak mnie natchnie, napiszę wkrótce. W międzyczasie zapraszam ->>>>TU <<<<- :)))

poniedziałek, 21 października 2013

Happy Never Ending

Z racji moich ostatnich romantycznych wywodów (aż dwóch!) postanowiłam pójść nieco dalej. Uwielbiam romantyczne komedie, książki i historie. Nie mam ich z kim oglądać, jako, że siostry pracują lub mają swoje życie, koleżanek wokół brak (trochę jakby specjalnie zwiewały za granicę, kto to wie ;-)) a mój luby-narzeczony Misiek w takowych nie gustuje. Parę razy namówiłam go na Woody'ego Allena co uważam za niezły postęp, ale - na litość boską - jak kazał mi oglądać Helsinga Ultimate tuż przed zaśnięciem to też nie byłam zbyt chętna. Takie życie.

Czasami, zwykle zaraz po filmie / książce zastanawiam się ile z takich historii przytrafia się w normalnym życiu. Nie mówię tutaj o wszystkich przypadkach z filmów z Meg Ryan czy Hugh Grantem (swoją drogą nie cierpię Hugh Granta) ale o jego małym odsetku. Zagubiona szara myszka spotyka fantastycznego romantyka i samca alfa w jednym, który nie boi się kupować kwiatów i prawić komplementów bla bla przeciwności losu bla bla i żyli długo i szczęśliwe. Romantyczny pocałunek, ślub, dzieci, wyzdrowiała z choroby, co-tam-jeszcze-możliwe.

Idąc tym tropem zastanawiam się... a co jest dalej? Po tym, jak już spotkali się / zamieszkali razem / pobrali się / pozbyli się typa z pod ciemnej gwiazdy bądź podłej teściowej? Co się dalej dzieje w ich życiu gdy rodzi się dziecko, ona się roztyje a on odmawia zmieniania pieluch? Czy kochałybyśmy tak samo naszych ulubionych bohaterów wiedząc, że mają jakieś ukryte wady, manie, zwyczaje? Jakbyśmy wiedziały, że kłócą się o nieopuszczoną klapę w toalecie?

Dobra, trochę za daleko zaszłam. Czy nie jest nam lepiej w życiu, wiedząc, że zawsze już będą razem, będą się kochać, wspierać i nigdy się nie zawiodą? Tylko, że nikt tak nie powiedział. Same sobie to wmawiamy, chociaż wiemy, że to niemożliwe. Wydaje mi się, że każda kobieta, która kiedyś przeżyła miłość albo też zawód miłosny też miała taką chwilę w swoim życiu. Takie zwieńczenie bajki. A czy dalej już było tak samo bajecznie? Chyba wszystkie to wiemy.


Może trochę bez ładu i składu, może dziwny ten wpis z dzisiaj. Ja chyba doszłam do takiego "zwieńczenia bajki". Czuję, że będziemy żyli-długo-i-szczęśliwie-na-zawsze. A co będzie dalej? Co przyniesie przyszłość? A czy to ważne? Teraz jest dobrze. I chyba o to chodzi w tych historiach nierealnie idealnych. Nie chcemy wiedzieć co przyniesie przyszłość, bo teraźniejszość nam odpowiada. I mam nadzieję, że dla każdej z nas przyszłość będzie (lub była) tak samo cudowna, chociaż może trochę przyziemna, jak to bajkowe zakończenie historii.

Pozdrawiam!

niedziela, 20 października 2013

O matko!

Dzisiaj na poważnie.

Pewnie nikt z Was nie zauważył, że nigdy nie poruszyłam tematu małżeństwa. Są związki, partnerstwo, wspólne życie i miłość a nie ma małżeństwa. Dlaczego? Wyjaśniam. Bo się na tym nie znam. Nie jestem żoną. Ot co.

Z Miśkiem zawsze mieliśmy różne poglądy na przyszłość (nad czym ja ubolewałam) ale jak się okazuje czasem jeden z wyjątkowo-upartych-osłów potrafi ustąpić. Oczywiście to nie byłam ja. Ja nie ustępuję. Idę na kompromisy, okej, ale nie zarzucam swoich poglądów. To musiał zrobić Misiek.

Tak więc powiem z dumą - nieukrywaną! - że z dniem wczorajszym zostałam oficjalnie narzeczoną.
Czy ziemia się zatrzęsła z tego powodu? Nie. Czy anielskie chóry wyśpiewują fanfary? Być może, ale ja nie dostrzegłam. Tak więc o co chodzi? O pierścionek ze złota?

Nic się nie zmieniło, słońce nie zgasło a ja przecież od pierścionka nie kocham mocniej. Ale nie mogę powiedzieć, że to było bez znaczenia. Bo nie było. Miało duże znaczenie. I czuję się z tym fantastycznie!


Dzień był magiczny, chwila cudowna, wszystko tak, jak zaplanował, tak jak tego chciał. Pierścionek piękny, z małym brylantem. Tylko my, chociaż już narzeczeni to dalej rodzice, zajęci sobą nie zwróciliśmy uwagi jak dziecko nasze wpadło po pas do potoczku. I wyszło. I płakało nie, że zimno, mokro tylko, że brudny i nie może usiąść na swoim małym rowerku.
Tak więc pierścionka mi nie zdążył założyć. Może i dobrze, bo był za mały ;-)


Ale się cieszę :-)

czwartek, 17 października 2013

Wtórne motyle w brzuchu.

Pamiętacie to uczucie na początku związku lub tuż przed kiedy w brzuchu tańczyły motyle? Ja pamiętam to dobrze. I ogromnie brakuje mi tego teraz kiedy już wszystko zaszło tak poważnie, że nie ma tej wzajemnej ekscytacji, poznawania siebie, tych telefonów i wiadomości (moje nieco starsze koleżanki dostawały także listy - oj szkoda mi, że ja nie z tej epoki!).

Pomimo tego, że związek już jest dojrzały czasem zdarza mi się, że poczuję takie motyle znowu. Co je powoduje? Proste - muzyka. Czasem dźwięki, czasem tekst lub teledysk... Muzyka budzi skojarzenia, wspomnienia a czasem też ukłucie zazdrości. Zazdrości za tym, co już było i czego nie będzie znowu. Oj, nigdy nie posądziłabym siebie o taki tandetny romantyzm! A jednak.

Filip śpi, siedzę na kanapie, zajadam ciastka bez obawy, że będę gruba. Misiek właśnie wraca z treningu więc mam chwilę dla siebie. W tle gdzieś leci The Killers, czyli muzyka, która towarzyszyła mi podczas tych "pierwotnych" motyli. Co prawda nie jest to zupełnie to samo, bo jest to nowa "Shot At The Night" ale sprawia, że uśmiecham gdy tylko usłyszę pierwsze takty. Takie "motyle wtórne". Przypominają to, co było najpiękniejsze, to zaczym ciągle gdzieś tęsknię.

Myślę, że każdy zakochany ma gdzieś takie kawałki, które przyprawiają o dreszcze. A ja przedstawiam dziś mój.

The Killers - Shot At The Night

Z nostalgią w tle, pozdrawiam wieczornie!

środa, 16 października 2013

Kocham jesień!

Kiedy inni wciąż zrzędzą jaką mamy paskudną porę roku obecnie, jak jest zimno, pluchowato i ciągle pada mam jedną złotą radę: poczekajcie ze dwa miesiące na zimę, w końcu zawsze może być gorzej ;)

A tak na poważnie, dwugodzinny spacer z moim dzieckiem, on na rowerze, ja na nogach z kawą w ręku i jedziemy do parku. Do parku, który wygląda tak, jak dwa lata temu kiedy byłam z nim tam pierwszy raz. Kolory - czerwień, zieleń, żółć! Cudo! Można biegać za kaczkami, można wyrzucać liście przez mostek a można też je wrzucać do wodospadu.

Moje dziecko uważa, że kaczki jedzą liście a także, że liść potrafi "niedziałać". Jest Pan Kaczka z zieloną głową i Pani Kaczka z szarą głową.

Myślę, ze sami powinniśmy zamienić się trochę w dzieci. Mniej zrzędzić, więcej działać. Odkrywać i podziwiać. Spacer w Parku Oliwskim, które jest jednym z najpiękniejszych miejsc o tej porze roku ale myślę, że każdy ma coś podobnego w swojej okolicy, gdzie jesień pokazuje jaka jest piękna. Tak więc zabrać dziecko/chłopaka/mamę/siostrę/sąsiada i sio na spacer! Bo ile jest dni kiedy można się NAPRAWDĘ delektować jesienią?

poniedziałek, 14 października 2013

Histeria, czyli dlaczego nie idziemy do żłobka.

O żłobku pisałam coś już jakiś czas temu. Zdecydowałam się na niego z wielu powodów a jednym z nich była chęć zapewnienia towarzystwa Filipkowi oraz możliwości rozwoju w trochę innym środowisku. Z drugiej strony była zaś moja chęć i potrzeba odpoczynku oraz samorozwoju.

Żłobka szukałam długo. Któż z nas oddałby największy skarb w ręce pierwszego-lepszego ośrodka? Szukałam więc, patrzyłam, porównywałam. W końcu znalazłam, 15 minut od domu, w biurowcu, obok kawiarnia gdzie zestresowana matka może spędzać pierwsze godziny i być na każde zawołanie. Żłobek idealny. Nowy, czysty, miłe panie, fajna grupa, dużo zabawek, plac zabaw w środku. Poszliśmy więc na dni adaptacyjne. Rodzic razem z dzieckiem.

Filip wszedł zachwycony. Zabawki, kolory, towarzystwo urzekło go od razu. Raj dla dziecka. Niestety raj był tylko wtedy gdy obok  była mama.
Zostawiałam go raz na jakiś czas na 10-20 minut. I z początku było okej. A potem płacz, nagle, nie wiadomo skąd. Płakał do czasu aż przyszłam czyli nie na długo. Wiele dzieci ma ciężki start w żłobku ale przyzwyczajają się z czasem. Poznają otoczenie i panie wychowawczynie, jakoś dają sobie radę w grupie. Po trzech dniach dni adaptacyjnych pojechaliśmy na wakacje i wychodząc ze żłobka postanowiłam, że od poniedziałku po powrocie Fifi zostaje już na pół godzinki, potem na godzinę i każdego dnia coraz więcej. Trzeba się przyzwyczajać do bycia przedszkolakiem.

Niestety po powrocie do domu nie było już tak różowo. Filip bał się za każdym razem gdy zniknęłam na zakręcie. Nie mogłam sama pójść do toalety, nie chciał mnie tracić z zasięgu wzroku. Gdy następnego dnia wyjechaliśmy do Hiszpanii okazało się że problem nie znika a wręcz nasila się. Nieznany mu hotel i tata który ciągle gdzieś znika, a to do samochodu a to do toalety. Było widać w jakim stresie może być dwulatek, jak bardzo zostało zachwiane jego poczucie bezpieczeństwa. Nocne pobudki z okrzykami, lęk za każdym razem gdy zrywam się z kanapy odebrać telefon czy też nawet zalać herbatę wrzątkiem pokazuje, że Filip do dziś się nie uspokoił.

Tak więc ze żłobkiem zaczekamy. Jest mi trochę przykro, liczyłam na chwilę odpoczynku, ale z drugiej strony nie mamy przymusu, nie muszę wracać do pracy tak więc nie ma problemu co robić dalej. Niestety chwilę zajmie mi odbudowywanie zaufania mojego dziecka, które cały czas woli przebywać w towarzystwie taty a mnie nie chce się nawet wziąć na ręce. Nie spodziewałam się, że to, co miało być dla niego obróci się przeciwko nam wszystkim.

Zostajemy na razie w domu, w naszej codziennej, domowej rutynie, chodząc na spacery, budując garaże i robiąc wciąż to samo co przez ostatnie miesiące. Rutyna? Może. Ale czasem rutyna okazuje się być dobra.

Swoją drogą dzisiaj u nas, w Gdańsku 20 stopni, w sam raz na spacer nad morzem. A gdyby był żłobek zapewne siedzielibyśmy wtedy i uspokajali Filipka, mówiąc, ze wszystko będzie dobrze.

niedziela, 13 października 2013

Barcelona? Nie, dziękuję!

A więc nadeszła chwila, żeby usiąść spokojnie z kubkiem naprawdę dużej kawy i napisać coś o tych cudownych wakacjach, które właśnie się skończyły. Jak je szybko podsumować? Najłatwiej chyba zdaniem: Nigdy nie pojadę już do dużego miasta.

W swoim dość krótkim życiu zwiedziłam stolice Francji, Wielkiej Brytanii, Danii i Holandii z czego niektóre z nich więcej niż raz. Do tego byłam nie raz w Hiszpanii i w Szwecji, za każdym razem zatrzymując się w metropoliach. Jarały mnie muzea, ruchliwe ulice, stare zabytki znane z pocztówek i plakatów. Za każdym razem wracałam zadowolona... ale też zmęczona.

Tegoroczny urlop planowaliśmy w Barcelonie, ale loty były dość drogie więc zdecydowaliśmy się na inne lotnisko, położone 100km na północ, w stolicy prowincji, Gironie. A ponieważ do Barcelony daleko, nie chcieliśmy wozić tej naszej pociechy autobusem i postanowiliśmy wynająć auto. Kiedy zaczęłam czytać o regionie, Katalonia wydała się równie interesująca jak jej stolica, a ponieważ w Barcelonie już byłam postanowiłam podzielić podróż i zabukowałam pięć nocy w Gironie i dwie w Barcelonie. 

Pierwsza część urlopu - bajka! Dzięki wynajęciu samochodu udało nam się zobaczyć przecudne średniowieczne rynki i zamki na klifie, zobaczyliśmy Pireneje i jednocześnie błękit Morza Śródziemnego. A w momencie zmęczenia naszego lub Filipa mogliśmy w każdej chwili ewakuować się do samochodu i odpocząć w drodze powrotnej. Tak, odpocząć, bo drogi są równe jakby zostały położone wczoraj a kierowcy spokojni, wyluzowani i jeżdżą zaskakująco wolno. Do tego hotel, położony 15 minut spacerem od pięknej starówki Girony, przemili ludzie, dobre jedzenie... Do Barcelony wyjeżdżaliśmy z dużym żalem. I niestety samo miasto nie poprawiło naszego nastawienia.

Barcelona jest ogromna. Co mnie jakoś specjalnie nie dziwi ale było to dla nas dużą przeszkodą. Z hotelu było ponad pół godziny na plażę, co oznaczało, że całą drogę Filip musiał przesiedzieć w wózku. Po swobodnym bieganiu po starówkach innych miast było to dla niego niemiłe zaskoczenie. Niestety nie dało się jeździć po mieście samochodem i to nie z powodu dużego ruchu, gdyż jazda odbywa się dość płynnie. Nie ma miejsc parkingowych, a jeśli coś się uda znaleźć jest to dość sporo płatne. Pozostał nam więc parking hotelowy (18€ za dobę) i... nogi. Ogromem miasta, odległościami, hałasem i tłokiem zmęczyliśmy się po dwóch godzinach. Tak więc następnego dnia wstaliśmy wcześnie i wyjechaliśmy z miasta do Montserrat, klasztoru w górach, znajdującego się 40km na zachód.

Z dzieckiem nie da się podróżować po wielkich miastach. Zwłaszcza z dwulatkiem, który musi biegać, oglądać, jest ciągle spragniony wrażeń i bodźców. Barcelona jest pięknym miastem czego nie da się ukryć. To taki piękniejszy Paryż. Może trzy, cztery lata temu, kiedy podróżowaliśmy z Miśkiem samotnie, dalibyśmy radę zobaczyć więcej niż Sagrada Familia, która była 10 minut od hotelu. Tym razem to wszystko nas przerosło.

Ostatniego dnia wróciliśmy do Girony, do znanego nam hotelu, poszliśmy na znaną starówkę i zjedliśmy kolację w znanej knajpie odpoczywając przed porannym wylotem. O jedno proszę - gdy powiem, że chcę zobaczyć miasto, które ma powyżej 100tys mieszkańców proszę o kulkę w łeb. 

Metropolia - nie dziękuję!

Pals


Besalú



Barcelona


Monasterio de Montserrat


sobota, 12 października 2013

Drugie urodziny.

Wróciłam z Hiszpanii szczęśliwa, wypoczęta i natchniona. Spędziłam cały tydzień w uroczych miejscach... ale zaraz zaraz, o tym kiedy indziej. Wakacje były, zdjęcia nie zając. Dzisiaj czas na coś o wiele ważniejszego czyli na coś, co miało miejsce dokładnie wczoraj:

URODZINY PANA SZOPA.

Jak sięgam pamięcią wstecz do tego co było równo dwa lata temu, przypomina mi się, że bycia mamą się nie uczy, to się ma. Tak więc byłam ja, była ta mała kruszyna niecałe trzy kilo ze mną w szpitalu, nie chciała jeść ani płakać, sapkał tak dość dziwnie a myśmy - we dwójkę z Miśkiem cieszyli się, że nie wsadzili go do inkubatora.
Pamiętam, że to był 36 tydzień, że miałam rodzić w listopadzie, że spędziłam najpierw tydzień w szpitalu przed a potem tydzień po. Że mały był żółty jak chińczyk a nas wkurzało jak ktoś to ciągle powtarzał, bo w końcu był idealny.
A potem wróciliśmy do domu i okazało się, że jest już jesień wraz z kolorami, barwą słońca, wraz z lekkim ale nie uciążliwym zimnem. To dziwne, może ktoś mi nie uwierzy, ale gdy urodził się Filipek pierwszy deszcz spadł dopiero na początku grudnia. Nic nie padało przez dwa miesiące, jakby natura chciała mi stworzyć warunki do codziennych dwugodzinnych spacerów w synkiem.

Wczorajszy dzień spędziliśmy cudnie. Spacer, budowanie garaży z klocków, potem wizyta u mojej mamy, gdzie Fifi też się cudownie bawił. Starałam się - i do teraz staram- aby nic na tym świecie nie sprawiało, że Filipkowi jest źle tak po prostu z powodu braku chęci czy naszego zmęczenia.

Myślę, że te dwa lata to był szczęśliwy dla niego czas. Mam nadzieję, że kolejne dwa przyniosą nam jeszcze więcej.


BILANS NA 2 URODZINY:
waga- 11,5kg
wzrost - 85 cm
umiejętności - układa puzzle, nazywa 5 kolorów i mniej więcej tyle samo marek samochodów, czego nie opanował do tej pory to skakanie.
co mówi? - wszystko! dzisiaj nawet usłyszałam jak podśpiewywał pod nosem "jadą jadą misie". Nie wypowiada r, k, g ale na to przyjdzie czas. Co najważniejsze jest coraz bardziej komunikatywny co ułatwia życie nie tylko nam ale k jemu samemu.