poniedziałek, 9 września 2013

W krainie Szeloby

W ten weekend - ostatni wolny weekend jaki mi pozostał w ciągu tych wakacji udaliśmy się - gdzieżby indziej - do Pasymia. Zaprosili nas teściowie, których z lekkim bólem musiałam znosić, ale mimo wszystko są lepsi od teściów standardowych. Misiek wziął urlop na piątek i po małych zawirowaniach z bieganiem po urzędach (zdjęcie dziecka do dowodu i składanie wniosku) wybraliśmy się na Mazury.

Przechodząc jednak do sedna, a właściwie do tytułu dzisiejszego postu, muszę się do czegoś przyznać. Boję się pająków. To nie tak, że jestem przerażona, gdy je widzę, kostnieją mi stopy i nie jestem w stanie ruszyć palcem, albo drę się jak obdzierana ze skóry. Żywcem. Zawsze uważałam, że po prostu ich nie lubię. Mogę zabić własnym butem, przejść obok, chociaż gdy wisi mi nad głową uciekam 5 metrów w którąś ze stron.

Cały poprzedni wyjazd na działkę próbowałam się zebrać, żeby wstać rano i sfotografować poranne mgły nad jeziorem. Jestem śpiochem i poranne wstawanie jest mi bardzo obce. Dwa dni temu postanowił obudzić mnie teść idący na ryby. Nie żałowałam tego długo. Pod koniec lata wschód jest dużo później a mgły nad jeziorem unoszą się dużo dłużej, co można obejrzeć tutaj. Postanowiłam więc przejść się trochę dalej, w stronę pól. I tutaj należy się małe sprostowanie. Działka leży 5 kilometrów od miasteczka. 5 kilometrów przez POLA. Kilka domków po drodze, jedno wiejskie gospodarstwo, to wszystko. Cud, że jest tam bierząca woda i elektryczność.
Przeszłam kawałek ciemnym zakątkiem, gdzie nigdy nie dociera światło i wychodząc z niego ujrzałam coś, co mnie sparaliżowało.

Pajęczyny. WSZĘDZIE. W każdym zakątku, na każdej roślinie. Rosły rozwieszone między drzewami oraz przez całą ścieżkę. Parę razy nieomal weszłam w nie twarzą. Gdzieniegdzie były pająki, duże, małe, tkające nić lub wiszące leniwie. Większość pajęczyn stała pusta, bez najmniejszej muchy, za to skroplona przepięknymi kryształkami rosy. Nad polami unosiły się resztki porannej mgły.

Szłam dalej, chociaż strach paraliżował mnie okropnie. Żałowałam, że nie mam kija, żeby odgarniać nici wiszące mi koło głowy, ale bałam się dotknąć czegokolwiek co leżało na ziemi. Chociaż nie było wolnego skrawka na trawie zaczęłam robić zdjęcia. Wyszło mi parę przepięknych zdjęć, których nigdy bym nie wykonała, gdybym nie pokonała własnego strachu. Jestem z siebie okropnie dumna, chociaż powrót przez ścieżkę był jeszcze gorszy i wiem, że nigdy nie będę w stanie zrobić tego po raz kolejny.
Wolałam zostawić tę magiczną, tajemniczą i przerażającą krainę Szeloby jej samej.

Co najciekawsze w tym wszystkim - a może najbardziej przerażające. Przecież te pajęczyny wcale nie znikają w ciągu dnia. Po prostu ich nie widać. Wiele razy przechodziłam przez te same miejsca co w sobotni ranek i nie miałam świadomości, że przechodzę przez miliardy pajęczych sieci.


3 komentarze:

  1. Czasami trudno nam dojrzeć ten mały światek różnych żyjątek, a jednak on tam cały czas jest i nas otacza.

    Moja koleżanka również boi się pająków, ma wręcz arachnofobie i zachowuje się tak, jak opisałaś, gdy jakiegoś widzi.

    OdpowiedzUsuń
  2. brrrr.... ja też nie lubię pająków. serio. pajęczyny przyprawiają mnie o szybsze bicie serca.. nie chciałabym się zmierzyć ze strasznym strychem :)
    całe szzcęście Natalio, że nie mieszkamy w Australii, tam pająki polują na ptaki :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja dostaję szału, piszczę, wrzeszczę i robię aferę na cały dom jak widzę pająka...
    Zmiana adresu na www.malgo-sralgo.blogspot.com :)

    OdpowiedzUsuń