poniedziałek, 23 września 2013

przerwa.

Muszę zrobić przerwę od blogowania. Nie wiem o czym mam pisać. U mnie ciągle to samo. Może z wyjątkami. Za dwa tygodnie (nawet mniej!) upragnione wakacje w Hiszpanii. Potem Filip pójdzie do żłobka. Nie wiem jak to sobie wyobrazić bo już jest chory. Co będzie potem?

Ale on tego potrzebuje, ja też...



Zdałam sobie sprawę, że jesień mnie frustuje. Już! Ledwo się zaczęła.

poniedziałek, 16 września 2013

Jestem.

Tydzień minął od poprzedniego postu, a tyle rzeczy wydarzyło się od tego czasu. Słownik Filipa powiększył się o kilkadziesiąt nowych pojęć. Nowe słowo jest prawie co godzinę. Tworzy zdania, mówi słowa których ja sama rzadko używam (np. śpiewa pan - muzyka owszem, leci u nas w głośnikach codziennie, ale taka konstrukcja nie jest niczym powszechnym). Do tego rozpoczęłam trzeci rok studiów i wczoraj wróciłam z pierwszego zjazdu tego roku. Muszę przyznać, że to, czego się obawiałam okazało się być nie takie straszne. Oddałam też zlecenia fotograficzne z minionych tygodni i szczerze jestem z siebie dumna. Jeszcze dwie sesje fotograficzne mnie czekają... zobaczymy, jak pójdzie. To, z czego zdałam sobie sprawę, to fakt, że wcale nie chcę rezygnować z hiszpańskiego. Jestem w tym dobra i to mnie motywuje do dalszej pracy. Myślałam ostatnio, żeby nie isć na magisterskie, a tu się okazuje, że chęci wróciły mi z powrotem.

Wczoraj obchodziliśmy z Miśkiem rocznicę... parę ładnych lat minęło, a jest dobrze, jak na początku. A może nawet lepiej?

No i co jeszcze z ostatnich dni? Nasze plany emigracyjne uległy zmianie. Nie wiemy na razie co chcemy daje robić, gdzie jechać. Ja tu nie chcę zostać, Misiek nie chce jechać do Londynu... Przez pewien czas czułam się, jakby mnie walec przejechał, jakby ktoś mnie powalił na ziemię i przygniótł. Muszę planować - to moje życie. Uwielbiam snuć plany, jestem straszną marzycielką. A jak nie wiem co robić dalej to wariuję.

Czas pokaże...



poniedziałek, 9 września 2013

W krainie Szeloby

W ten weekend - ostatni wolny weekend jaki mi pozostał w ciągu tych wakacji udaliśmy się - gdzieżby indziej - do Pasymia. Zaprosili nas teściowie, których z lekkim bólem musiałam znosić, ale mimo wszystko są lepsi od teściów standardowych. Misiek wziął urlop na piątek i po małych zawirowaniach z bieganiem po urzędach (zdjęcie dziecka do dowodu i składanie wniosku) wybraliśmy się na Mazury.

Przechodząc jednak do sedna, a właściwie do tytułu dzisiejszego postu, muszę się do czegoś przyznać. Boję się pająków. To nie tak, że jestem przerażona, gdy je widzę, kostnieją mi stopy i nie jestem w stanie ruszyć palcem, albo drę się jak obdzierana ze skóry. Żywcem. Zawsze uważałam, że po prostu ich nie lubię. Mogę zabić własnym butem, przejść obok, chociaż gdy wisi mi nad głową uciekam 5 metrów w którąś ze stron.

Cały poprzedni wyjazd na działkę próbowałam się zebrać, żeby wstać rano i sfotografować poranne mgły nad jeziorem. Jestem śpiochem i poranne wstawanie jest mi bardzo obce. Dwa dni temu postanowił obudzić mnie teść idący na ryby. Nie żałowałam tego długo. Pod koniec lata wschód jest dużo później a mgły nad jeziorem unoszą się dużo dłużej, co można obejrzeć tutaj. Postanowiłam więc przejść się trochę dalej, w stronę pól. I tutaj należy się małe sprostowanie. Działka leży 5 kilometrów od miasteczka. 5 kilometrów przez POLA. Kilka domków po drodze, jedno wiejskie gospodarstwo, to wszystko. Cud, że jest tam bierząca woda i elektryczność.
Przeszłam kawałek ciemnym zakątkiem, gdzie nigdy nie dociera światło i wychodząc z niego ujrzałam coś, co mnie sparaliżowało.

Pajęczyny. WSZĘDZIE. W każdym zakątku, na każdej roślinie. Rosły rozwieszone między drzewami oraz przez całą ścieżkę. Parę razy nieomal weszłam w nie twarzą. Gdzieniegdzie były pająki, duże, małe, tkające nić lub wiszące leniwie. Większość pajęczyn stała pusta, bez najmniejszej muchy, za to skroplona przepięknymi kryształkami rosy. Nad polami unosiły się resztki porannej mgły.

Szłam dalej, chociaż strach paraliżował mnie okropnie. Żałowałam, że nie mam kija, żeby odgarniać nici wiszące mi koło głowy, ale bałam się dotknąć czegokolwiek co leżało na ziemi. Chociaż nie było wolnego skrawka na trawie zaczęłam robić zdjęcia. Wyszło mi parę przepięknych zdjęć, których nigdy bym nie wykonała, gdybym nie pokonała własnego strachu. Jestem z siebie okropnie dumna, chociaż powrót przez ścieżkę był jeszcze gorszy i wiem, że nigdy nie będę w stanie zrobić tego po raz kolejny.
Wolałam zostawić tę magiczną, tajemniczą i przerażającą krainę Szeloby jej samej.

Co najciekawsze w tym wszystkim - a może najbardziej przerażające. Przecież te pajęczyny wcale nie znikają w ciągu dnia. Po prostu ich nie widać. Wiele razy przechodziłam przez te same miejsca co w sobotni ranek i nie miałam świadomości, że przechodzę przez miliardy pajęczych sieci.


wtorek, 3 września 2013

Dzień wolny dla mamy

Przyszła jesień. Chociaż do tej kalendarzowej jeszcze chwila, wraz z rozpoczęciem września zrobiło się deszczowo, wietrznie i chłodniej. Wczoraj udało mi się wieczorkiem pojeździć z Filipem na rowerze, później cały wieczór planowałam wakacje. Bo jeszcze czekają nas wakacje - za miesiąc.

Za dwa tygodnie - a właściwie za 1,5 - wracam na uczelnię. Ostatni rok nauki, ostatni ciężki rok organizacji, braku weekendów, mijania się. Zdałam sobie sprawę, że z obecnym trybem dnia Filipa nie będzie mnie widział przez cały weekend. Od piątku wieczorem do poniedziałku rano. Po prostu jak się obudzi to już mnie nie będzie, zanim wrócę to on zaśnie. Szkoda mi bardzo tego małego bączka, ale myślę, że jakoś damy radę. W końcu siedzenie w domu z tatusiem nie jest takie złe.

Spojrzałam dzisiaj w kalendarz i zdałam sobie sprawę, że jeśli chcę zawodowo zajmować się tyloma rzeczami, muszę na to wygospodarować nieco czasu. A tydzień jakby się skrócił. Misiek dwa razy w tygodniu ma zajęcia z gimnastyki. Wraca po 2 miesięcznej przerwie. Nie odbiorę mu tego, w końcu już kiedyś się przekonałam, że Misiek nie ćwiczący to nie ten sam człowiek. Ja z kolei chciałam się zapisać na niemiecki - mam na to bardzo mało czasu w ciągu dnia, Filip już nie śpi. Misiek też chciał sobie co nieco powtórzyć, tak więc mamy iść razem - potrzeba na to jakiegoś popołudnia. Do tego moja praca (korepetycje) oraz praktyka uczelniana. A gdzie czas dla siebie? Na rower, na kawę, na siłownię czy ściankę? Gdzie czas wolny dla mamy?

Mama czasu dla siebie nie ma. I wcale mnie to specjalnie nie dziwi. Gdy jeden rodzic pracuje 8-16, a często zostaje po godzinach, do tego wraca z pracy godzinę przez okropne korki, chce usiąść spokojnie na kanapie, dostać obiad i odpocząć. A ja nie mam nic przeciwko temu, w końcu też kiedyś pracowałam po 9, 10 godzin (stare czasy, oby nie wróciły), jak wracałam to chciało mi się tylko leżeć. Tylko, że ja też pracuję. Bo siedzenie z dzieckiem to praca, co powie każda siedząca w domu mama. Dom sam się nie posprząta, obiad nie ugotuje, dziecko nie nakarmi, ubierze i umyje. Oczywiste, że wolę to niż biurko i komputer, ale po całym dniu z Filipem jestem zmęczona.

Jak to więc będzie? Jak wygospodarować dwie godziny w tygodniu kiedy już całego dnia brakuje? Czy znowu będę wykończona i depresyjna?

Sezon na jesień czas zacząć. Oby się to wszystko dobrze skończyło.


niedziela, 1 września 2013

Fotograficznie

Ostatnio ciągle tyle się dzieje a ja nawet nie wiem co napisać. Filip to kochany anioł, coraz więcej gada, jest super komunikatywny, ruchliwy... taki duży chłopczyk z niego, chociaż nie zatracił jeszcze w tym wszystkim swojej śmieszności.

Zostały mi ostatnie dwa tygodnie moich wakacji i cierpię z powodu przymusu powrotu na uczelnię. Może źle się wyraziłam - przymusu nie ma. Ale został mi już tylko rok i tak naprawdę szkoda by było tych straconych dni (i pieniędzy), szkoda by było mojego wysiłku i Miśka pomocy.

Im więcej zdjęć robię tym więcej chcę pogłębiać moją fotograficzną wiedzę. Zdałam sobie sprawę co tak naprawdę jest moją prawdziwą pasją. Aż chciałoby się porzucić stary fach, olać w zupełności i rzucić w wir tego, co sprawia tak niewyobrażalną przyjemność. Nigdy nie sądziłam, że coś może być bardziej intrygującego niż fotografia, do chwili gdy zaczęłam zbierać oceny swoich prac, kiedy ktoś się zapytał, kiedy planuję założyć działalność.

Ogromnie miło jest usłyszeć komplementy jeszcze na początku przygody z fotografią. A dzisiaj, żeby było mało, miałam dwie sesje - pierwsze dwie z obcymi ludźmi. Maja i Mikołaj - małe kuzynostwo, i Monika z Pawłem, para dwa lata po ślubie, która nie miała czasu na sesję tuż po ślubie i zdecydowała się na nią teraz. Oczywiście sesje darmowe, proszę tylko o cenny czas młodych i możliwość publikacji, ale efekty już teraz mnie zdumiały. Misiek prawi komplementy, ale to Misiek i wiem, że obiektywny nie jest. Ale wspiera.


Trochę Filipa na dziś. Ostatnio go mało tutaj, ale on ciągle taki sam - cudowny. No ile można o tej cudowności :)