środa, 21 sierpnia 2013

Już dobrze.

Kiedy byłam młodsza, duuużo młodsza nie spodziewałam się, że 7 dni koszmaru każdej kobiety może być tak z utęsknieniem wyczekiwane. Kiedyś już pisałam, że chyba nigdy nie zdecyduję się na rodzeństwo dla Filipa, że nie chcę teraz psuć własnych planów, odkładać tego, co i tak jest już odłożone. Ale mój organizm lubi płatać mi figle, rozstrajać się bez potrzeby, powodować poranne nudności i wstręt do kawy.

Oczywiście fałszywy alarm.

Pamiętam ten moment, kiedy dowiedziałam się o isnieniu tej małej kruszynki (która siedzi obok i bawi się swoimi samochodami), jakie to było przerażenie, strach czy się uda, czy wszystko się ułoży. Ale ułożyło się. Mieszkam nadal w tym samym miejscu co parę lat temu, z tym samym człowiekiem. Tylko trochę mebli nam przybyło, zabawek, książeczek o rybkach, misiach i pociągach.

Nie mam pojęcia, czy teraz byłoby tak samo. Nie wiem czy wiecie, ale ja lubię mieć wszystko idealnie zaplanowane. Tak na 3 lata wprzód. Nie ma tam miejsca na więcej dzieci.


Tak sobie myślałam o tym ostatnio, trochę serio, a trochę z przymrużeniem oka, bo przecież to, co mój organizm odstawiał wydawało się tak nieprawdopodobne, że nie zdziwiłam się, że było tylko kiepskim żartem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz