czwartek, 18 lipca 2013

Rowerowo

Myślę, że miłośników rowerów jest tutaj dość sporo, jednak ja wyłamywałam się zawsze z tego grona. Dlaczego? Otóż moim zdaniem rower musi być WYGODNY. Garbienie się, dziwne przerzutki i machanie nogami żeby tylko przemieścić się z punktu A do B... nieee, to nie dla mnie. Będąc jeszcze w liceum (lub pod koniec gimnazjum) dostałam w prezencie górskiego żółtego potworka. Żeby nie było, trochę mi służył. W moim liceum była możliwość pozostawienia bezpiecznie dwukołowca w szatni. Osobny wjazd i - uwaga - nie trzeba stać w kolejce na kurtkę! A to, w czasach szkolnych o godzinie 15.20 było istnym horrorem ;)
Ale z kondycją u mnie było wówczas bardzo słabo (zero sportu, zagrożenie z wfu i do tego popalałam papierosy) i z roweru w końcu zrezygnowałam.

Spróbowałam kilka lat później a dokładnie w zeszłym roku. Dojeżdżałam na kurs na prawo jazdy. Ale po jednym razie powiedziałam zdecydowanie "NIE" i pożyczyłam rower od Miśka. Mój ewidentnie się nie nadawał dla mnie. Zgodnie z zasadą "jak coś jest do wszystkiego jest do niczego" olałam rowerowanie, myślałam, że na dobre. Zdałam prawo jazdy i w każdym możliwym momencie przemieszczałam się moim ukochanym czterokółkowcem.

Ale... w tym roku, z powodu większych przypływów finansowych oraz namówieni nieco przez teściów postanowiliśmy znaleźć mi rower odpowiadający moim potrzebom. I co się okazało? Że są takie, po których plecy nie bolą. Są też takie, które nie wymagają wielkiego nakładu siły aby na nich jeździć. Przerzutek nie trzeba ustawiać bo właściwie ich nie ma. Siodełko nie wpina się w tyłek, bo przypomina kanapę. Rama lekko się prowadzi. Do tego są ładne, zgrabne, kobiece. Część powie na pewno, że hipsterskie, ale to mnie guzik obchodzi. Tak tak, sprawiłam sobie HOLENDERKĘ.

Dzisiaj odebrałam to przecudne cudo z salonu rowerowego nieopodal domu. I... jestem przeszczęśliwa! Nie tylko dlatego, że rower bosko się prowadzi, ale dlatego, że mam możliwość zabierania Szopa na krótsze i dłuższe wycieczki, sadzając go na specjalnym foteliku i zakładając srebrny kask w brum-brumy i śrubki. Już dzisiaj udało nam się przez 5 minut pojeździć (właśnie z salonu do domu) i choć Fifi był bardzo zdziwiony, ucieszył się, że może obserwować wszystkie brum-brumy i przyczepy a do tego rozmawiać z mamą. Mam nadzieję, że rowerowe wycieczki zrobią się naszym małym letnim zwyczajem.

A moje cudo wygląda tak:


4 komentarze:

  1. Jedyny rower na którym wolno mi jeździć po operacji, piękny wynalazek! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mi też się marzy nowy rower,ale w tym roku to ja tylko mogę pomarzyć :(.

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękny! marzy mi się podobny, ale póki co muszę obejść się smakiem...

    zapraszam po nominację
    http://olafowyswiat.blogspot.com/2013/07/liebster-blog-award.html

    OdpowiedzUsuń
  4. Śliczny sprzęt! Ja w kwietniu sprawiłam sobie nową 'machinę' i jestem w 100% zadowolona, bo a) jest na maxa wygodny b) wytrzymały na pięknej polskiej ziemi, pagórkach, błotnistych ścieżkach etc c) stosunkowo tani - 1750zł. Polecam na przyszłość Meridę :).

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń