środa, 24 lipca 2013

Rowerowanie o 4 rano

Chorowanie to paskudna sprawa sprawia, że wszystkie ciekawe sprawy trzeba odłożyć na bok, bo choćby nie wiem jak się pragnęło to robić, jest pewne, że organizm odmówi posłuszeństwa. I mam na myśli rower (tak tak, jeżdżę na nim codziennie, Fifi to uwielbia :)) i niemiecki (fiszki do słówek są tak malutkie, że nie daję rady skupiać na nich wzroku - głowa boli automatycznie). Tak więc wczoraj w nocy obudziły mnie przerażające dreszcze, które co prawda ustąpiły do rana, ale cały wczorajszy dzień jak i ostatnią noc regenerowałam się i dochodziłam powoli do siebie. Dzisiaj lepiej.

Ale do sedna. Rower jest - a jak! - obecnie moim ulubionym środkiem komunikacji. I, jak mniemam, Filipka też. Jak tylko pytam"Idziemy na rower?" słyszę "tak tak lole, lole!" i biegnie po buciki, a z nimi pod drzwi. Jeździmy codziennie (oprócz obecnego chorowania), gadamy o samochodach, zwierzątkach, jedzeniu itd, czyli o wszystkim o czym tylko można rozmawiać z prawie dwulatkiem który prawie nie mówi.

W piątek, czyli następnego dnia po odebraniu białego cuda z salonu rowerowego, obudziłam się o 4 nad ranem i wyjrzałam za okno: dość jasno. Miśki śpią, więc ja cicho ubrałam się, wzięłam klucze i zbiegłam na dół do piwnicy po rower. Nad morze mam jakieś 4 kilometry, trasa zajęła mi jakieś 15 minut. Pędziłam jak szalona, chcąc złapać jeszcze trochę wschodu słońca. Dotarłam na molo. O dziwo, było trochę ludzi na plaży, chociaż myślę, że oni dopiero będą się kłaść spać, a nie przed chwilą wstali. Wyjęłam aparat, ale wiedziałam, że było już zbyt jasno, żeby uchwycić to, co najpiękniejsze o poranku.

Przejechałam kawałek dalej. Zrobiłam postój na plaży. Kilka kolejnych zdjęć, wsiadłam na rower i... odmówił mi posłuszeństwa! Kierownica skręcała... a przednie koło już nie. Coś się rozluźniło, rozregulowało. Nie byłam w stanie jechać (choć pierwsza moja myśl była, czy nie jestem zbyt zmęczona ;)).
Powrót 5 kilometrów na piechotę... no cóż, nie było to moje największe marzenie. Nad ranem, pustym, OGROMNYM parkiem.

Ale gdyby nie ta przygoda, nie zrobiłabym tego zdjęcia. Tak więc jakby nie było, jestem zadowolona. Chociaż Misiek się zdziwił, gdy zadzwoniłam do niego po 5.00 i powiedziałam "zepsuł mi się rower"...

A to moje (popsute wówczas) cudo.


3 komentarze:

  1. Szkoda, że rower się zepsuł :(. Tym bardziej, że nowy... Daj znać co z nim będzie!

    Ale zdjęcie boskie. Naturalne, to różowe niebo? Nigdy takiego nie widziałam!

    Pozdrawiam! be-a-huminka.blogspot.com - wpadnij!

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj, to musisz pilnie wysłać do dobrego lekarza rower, oby dał radę wyleczyć:)
    Rzadko widzę takie niebo, piękne zdjęcie:)

    OdpowiedzUsuń
  3. rowerka do naprawy :D i dalej na poranne wycieczki:D

    OdpowiedzUsuń