wtorek, 30 lipca 2013

Zabieg

Trzymajcie kciuki, jutro czeka nas ważny dzień, czyli zabieg chirurgiczny u Filipka. Wszystko zaplanowane na 13, prywatna klinika, najlepszy lekarz.. ale ja i tak się martwię. Mam nadzieję, że będę mogła niedługo napisać tu dobre wieści...

sobota, 27 lipca 2013

Liebster Blog Award

Dziękuję bardzo za nominację od Kasi http://olafowyswiat.blogspot.com/ :) wstawiam odpowiedzi na pytania :)

1. Książka do której ciągle wracasz: "Gwiezdny Pył" Niela Gaimana.

2. Gdybym nie była matką... nadal szukałabym swojego miejsca na świecie, nie koniecznie blisko. Nie odkryłabym co to prawdziwa miłość i bezinteresowność.

3. Tramwaj czy autobus? Tramwaj! Nie stoi w korku, nie zanieczyszcza środowiska, nie spóźnia się.

4. Samochód czy pociąg? Samochód gdy z dzieckiem, pociąg gdy sama. Książka, widoki za oknem, muzyka w słuchawkach... tego mi brakuje.

5. Ulubiony owoc: biała porzeczka i borówka amerykańska.

6. Moja mama jest dla mnie... najbardziej niewtrącającą się osobą na świecie. I dziękuję jej za to z całego serca!

7. Jak długo prowadzisz bloga? Niecałe 4 miesiące.

8. Chleb pszenny czy razowy? Przeważnie razowy ze słonecznikiem, ale pszenny wygrywa gdy jest ciepły.

9. Gdzie na wakacje z dzieckiem? Wszędzie. Zwiedzamy razem Polskę i Europę, w październiku do Hiszpanii.

10. Ulubiona pora roku: Wczesna jesień.

11. Deszcz czy śnieg? śnieg, ale tylko w święta, deszcz ale tylko letnim popołudniem z burzą grzmiącą gdzieś w oddali.

Moje pytania pojawią się zapewne za parę dni, są w trakcie opracowywania :)

piątek, 26 lipca 2013

Imieniny

Jacy są faceci - każdy wie. O datach nie łatwo im pamiętać. Dlatego też na rocznicowe kino idziemy tydzień później, a w walentynki zamawiamy pizzę bo rezerwacja czegoś na ostatnią chwilę jest kompletnie niemożliwa. Cud, jak teściowie zechcą zostać z małym, bo walentynki nie są tylko dla młodych. Nieco inaczej ma się sprawa z moimi urodzinami, są równo 10 dni po urodzinach Miśka, tak więc jeśli ja pamiętam o jego, to jest spora szansa, że przez ten tydzień z hakiem Misiek wymyśli coś pozytywnego i mnie zaskoczy.

Imieniny - tu jest problem! Misiek swoich nie obchodzi wcale, bo wypadają w Wigilię. Nie pamięta więc, że istnieją. A moje są obchodzone przez całą rodzinę, z prezentami, uroczystym obiadem i kartkami z życzeniami. To takie nasze "małe urodziny". Tak samo staram się wyprawiać imieniny Filipka, zapraszając wszystkich członków rodziny na kawę i ciasto.
Moje imieniny wypadają dokładnie jutro. Czy Misiek będzie pamiętał? Nie. Czy przypominałam mu o tym? Tak, trzy razy. Kiedy o nich zapomni? Po tygodniu. Czy to źle? Hmm... i tu należy się nieco zastanowić. Bo przeważnie kiedy nasz facet zapomina o imieninach, urodzinach, rocznicach, nam babeczkom jest po prostu przykro. I nie mówię, że mamy robić z tego powodu awantury. Ale wiele kobiet, nie mówię, że wszystkie, przykładają większą wagę do cyferek z kalendarza. Ja... już nie tak bardzo.

Imieniny Natalii mogą być obchodzone zarówno 27.07 jak i 1.12. Tak więc, jeśli Misiek nie pamięta o żadnej z tych dat... czemu nie wybrać sobie obu? Dzisiaj mówię "mam jutro imieniny". Możecie się więc spodziewać, że to samo powiem 30 listopada. I już teraz wiem, że Misiek na 200% nie zda sobie z tego sprawy. Ot, takie jego zapominalstwo i typowe roztargnienie a moja... przebiegłość?

Oczywiście jedyne co wywalczyłam sobie z tego tytułu, to jeszcze jeden miły dzień, w którym zostaję zaproszona na kolację, w którym Misiek będzie mniej siadał do kompa i będę mogła nacieszyć się naszym wspólnym towarzystwem dwukrotnie więcej niż codziennie. Ale naprawdę nie potrzebuję do pełni szczęścia niczego ponad to.

Dzisiaj, wszystkim kobietom noszącym to wdzięczne imię Natalia, świętującym zarówno jutro jak i późną jesienią, życzę wszystkiego dobrego, spełnienia marzeń i dobrego humoru. A wszystkim innym zalecam nieco przebiegłości, bo czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. A mogę zapewnić, że Misiek nie widział kalendarza na oczy od ładnych paru lat.

Dzisiejszy spacer po Długiej...


środa, 24 lipca 2013

Rowerowanie o 4 rano

Chorowanie to paskudna sprawa sprawia, że wszystkie ciekawe sprawy trzeba odłożyć na bok, bo choćby nie wiem jak się pragnęło to robić, jest pewne, że organizm odmówi posłuszeństwa. I mam na myśli rower (tak tak, jeżdżę na nim codziennie, Fifi to uwielbia :)) i niemiecki (fiszki do słówek są tak malutkie, że nie daję rady skupiać na nich wzroku - głowa boli automatycznie). Tak więc wczoraj w nocy obudziły mnie przerażające dreszcze, które co prawda ustąpiły do rana, ale cały wczorajszy dzień jak i ostatnią noc regenerowałam się i dochodziłam powoli do siebie. Dzisiaj lepiej.

Ale do sedna. Rower jest - a jak! - obecnie moim ulubionym środkiem komunikacji. I, jak mniemam, Filipka też. Jak tylko pytam"Idziemy na rower?" słyszę "tak tak lole, lole!" i biegnie po buciki, a z nimi pod drzwi. Jeździmy codziennie (oprócz obecnego chorowania), gadamy o samochodach, zwierzątkach, jedzeniu itd, czyli o wszystkim o czym tylko można rozmawiać z prawie dwulatkiem który prawie nie mówi.

W piątek, czyli następnego dnia po odebraniu białego cuda z salonu rowerowego, obudziłam się o 4 nad ranem i wyjrzałam za okno: dość jasno. Miśki śpią, więc ja cicho ubrałam się, wzięłam klucze i zbiegłam na dół do piwnicy po rower. Nad morze mam jakieś 4 kilometry, trasa zajęła mi jakieś 15 minut. Pędziłam jak szalona, chcąc złapać jeszcze trochę wschodu słońca. Dotarłam na molo. O dziwo, było trochę ludzi na plaży, chociaż myślę, że oni dopiero będą się kłaść spać, a nie przed chwilą wstali. Wyjęłam aparat, ale wiedziałam, że było już zbyt jasno, żeby uchwycić to, co najpiękniejsze o poranku.

Przejechałam kawałek dalej. Zrobiłam postój na plaży. Kilka kolejnych zdjęć, wsiadłam na rower i... odmówił mi posłuszeństwa! Kierownica skręcała... a przednie koło już nie. Coś się rozluźniło, rozregulowało. Nie byłam w stanie jechać (choć pierwsza moja myśl była, czy nie jestem zbyt zmęczona ;)).
Powrót 5 kilometrów na piechotę... no cóż, nie było to moje największe marzenie. Nad ranem, pustym, OGROMNYM parkiem.

Ale gdyby nie ta przygoda, nie zrobiłabym tego zdjęcia. Tak więc jakby nie było, jestem zadowolona. Chociaż Misiek się zdziwił, gdy zadzwoniłam do niego po 5.00 i powiedziałam "zepsuł mi się rower"...

A to moje (popsute wówczas) cudo.


czwartek, 18 lipca 2013

Rowerowo

Myślę, że miłośników rowerów jest tutaj dość sporo, jednak ja wyłamywałam się zawsze z tego grona. Dlaczego? Otóż moim zdaniem rower musi być WYGODNY. Garbienie się, dziwne przerzutki i machanie nogami żeby tylko przemieścić się z punktu A do B... nieee, to nie dla mnie. Będąc jeszcze w liceum (lub pod koniec gimnazjum) dostałam w prezencie górskiego żółtego potworka. Żeby nie było, trochę mi służył. W moim liceum była możliwość pozostawienia bezpiecznie dwukołowca w szatni. Osobny wjazd i - uwaga - nie trzeba stać w kolejce na kurtkę! A to, w czasach szkolnych o godzinie 15.20 było istnym horrorem ;)
Ale z kondycją u mnie było wówczas bardzo słabo (zero sportu, zagrożenie z wfu i do tego popalałam papierosy) i z roweru w końcu zrezygnowałam.

Spróbowałam kilka lat później a dokładnie w zeszłym roku. Dojeżdżałam na kurs na prawo jazdy. Ale po jednym razie powiedziałam zdecydowanie "NIE" i pożyczyłam rower od Miśka. Mój ewidentnie się nie nadawał dla mnie. Zgodnie z zasadą "jak coś jest do wszystkiego jest do niczego" olałam rowerowanie, myślałam, że na dobre. Zdałam prawo jazdy i w każdym możliwym momencie przemieszczałam się moim ukochanym czterokółkowcem.

Ale... w tym roku, z powodu większych przypływów finansowych oraz namówieni nieco przez teściów postanowiliśmy znaleźć mi rower odpowiadający moim potrzebom. I co się okazało? Że są takie, po których plecy nie bolą. Są też takie, które nie wymagają wielkiego nakładu siły aby na nich jeździć. Przerzutek nie trzeba ustawiać bo właściwie ich nie ma. Siodełko nie wpina się w tyłek, bo przypomina kanapę. Rama lekko się prowadzi. Do tego są ładne, zgrabne, kobiece. Część powie na pewno, że hipsterskie, ale to mnie guzik obchodzi. Tak tak, sprawiłam sobie HOLENDERKĘ.

Dzisiaj odebrałam to przecudne cudo z salonu rowerowego nieopodal domu. I... jestem przeszczęśliwa! Nie tylko dlatego, że rower bosko się prowadzi, ale dlatego, że mam możliwość zabierania Szopa na krótsze i dłuższe wycieczki, sadzając go na specjalnym foteliku i zakładając srebrny kask w brum-brumy i śrubki. Już dzisiaj udało nam się przez 5 minut pojeździć (właśnie z salonu do domu) i choć Fifi był bardzo zdziwiony, ucieszył się, że może obserwować wszystkie brum-brumy i przyczepy a do tego rozmawiać z mamą. Mam nadzieję, że rowerowe wycieczki zrobią się naszym małym letnim zwyczajem.

A moje cudo wygląda tak:


wtorek, 16 lipca 2013

hu-ham

Filipek uwielbia okazywać uczucia. Przytula się, daje buziaki, przychodzi zrobić cacy. Jest małym milusińskim - jak siedzę na kanapie, przyjdzie się poprzymilać. Czasem też bywa zazdrosny - gdy przytulam się z Miśkiem, automatycznie chce na ręce i nas rozdziela. Od niedawna używa też nagminnie słowa "hu-ham" czyli po prostu "kocham" (nie wymawia zgłoski "k").

I z tym "hu-haniem" jest chyba największy problem. Zawsze wydawało mi się, że jak malutkiego coś boli (np zbyt mocno wkładam bucika) to należy powiedzieć "przepraszam". Co zawsze robię. Ale dodawałam też "kocham cię" bo to również wydawało mi się ważne. I chyba mój Filipek uznał, że "hu-ham" należy mówić, kiedy kogoś coś zabolało. Czyli drapnął, ugryzł, uderzył rączką. Ja wołam "auaua! to boli!" Na co Fifi "cacy! (głaszcze) hu-ham!". I tu  jest ten problem. Bo po chwili znowu bije i znowu cacy hu-ham. Staram się mu przekazać, że nie musi nic mówić, wystarczy, że mnie przestanie bić. Ale wiecie, to grochem o ścianę. Filip ma zaledwie 21 miesięcy i jak tu coś takiego wdrożyć?

Dopiero teraz widzę, jak dzieci w 100% kopiują dorosłych. Powtarzają i dostosowują do swoich potrzeb. Jego coś boli - mama mówi kocham. Mamę boli? To on powie! Przecież to logiczne! Staram się więc mówić mu kocham tak często jak to możliwe w innych sytuacjach. I na razie oczywiście nie ma rezultatów, ale może niedługo...


A tak nawiasem mówiąc, dostałam wyniki egzaminu: 3,5. Nie jest to może coś cudownego, ale nie jest też źle. Co najważniejsze, średnia 4,75 upoważnia mnie do stypendium!!!! Całe 200zł miesięcznie! Będę przeszczęśliwa mogąc odpuścić sobie trochę pracy żeby móc opłacić część czesnych. Ale oczywiście wszystko wyjaśni się w październiku. Aktualnie... mam wakacje! :)


piątek, 12 lipca 2013

Blokada rodzicielska i Snowden w tramwaju

Obiecałam sobie, że będę pisać częściej, ale jak za każdym razem chciałam to zrobić zdałam sobie sprawę, że NIC się u mnie nie dzieje. Właściwie poza tym, że jutro jest ostatni egzamin w sesji  (hell yeah!) nie licząc wrześniowej oraz poza wkuwaniem dziennie dziesiątek niemieckich słówek, u mnie po staremu. Filip śmieszny jak zawsze, nikt nie choruje, nikt nie wariuje... no, może ja, bo pogoda u nas zdecydowanie nie lipcowa.

Ale parę historii mam:

Jechałam w środę tramwajem, do księgarni językowej, kiedy do pojazdu wsiadł koleś. Niby zwykły. Wojskowe buty, krótkie spodenki, znoszony plecak... ale twarz... wykapany Edward Snowden :D Przez pięć minut gapiłam się na niego z otwartą buzią. Poważnie. Żałuję, że nie wypaliłam z tajemniczym "I was waiting here for you, mr Snowden" :D Oczywiście wpadłam na to dopiero po tym, jak wysiadł.

Z innej beczki dostałam wczoraj surowy zakaz czytania wiadomości w sieci. Swego czasu byłąm od tego niemalże uzależniona, czytałam codziennie. Ostatnio robię to dużo rzadziej. Wczoraj Misiek powiedział mi, że mam tego nie robić. Trochę w tym racji jest bo czytam same makabryczne wiadomości. O tym, kto udusił psa, kto zabił sąsiadkę... wiem, że sensacja się sprzedaje i chyba padłam ofiarą właśnie takich sensacyjnych newsów. Mimo wszystko obiecałam sobie nigdy już tego nie robić - a raczej nie w takiej ilości. Po wiadomości na temat wypadku Polskiego Busa pod Nidzicą w drodze z Gdańska do Warszawy. Kierowca wyprzedzał pojazd osobowy, kiedy ten niespodziewanie skręcił w lewo. Dlaczego? Bo było skrzyżowanie! A kierowca autobusu wyprzedzał na podwójnej ciągłej!!!!
Nie ruszyłoby to mną jakoś mocno, gdyby nie fakt, że moja mama jeździ na tej trasieTYMI BUSAMI  raz w miesiącu. A wczoraj zaczął jej się urlop. Zdecydowała jednak, że pojedzie najpierw samochodem do Pasymia na zaproszenie moich teściów, a dopiero potem, jak wróci do Gdańska i właśnie owym busem do Buska Zdrój (z przesiadką we wspomnianej Warszawie). Jak sobie wyobraziłam, że moja mama mogła siedzieć na miejscu kobiety, która straciła wczoraj obie nogi...

Dlatego też nie czytam już wiadomości. Powinnam założyć sobie blokadą rodzicielską (czym, swoją drogą Misiek mi zagroził). Ale myślę, że jakoś wytrzymam. Wolę powtarzać niemieckie słówka. Odprężające i coś wnosi. A taka wiedza o wypadkach? Statystyki poszkodowanych? Nic. Kompletnie nic.

Tak więc z wiedzą "bezużyteczną" wracam do gramatyki praktycznej. Bleeee. Dam znać jutro. Chyba, że zapomnę.

wtorek, 9 lipca 2013

Pasymskie życie Filipa

Wróciliśmy wczoraj, cali zdrowi i szczęśliwi. Filip w Pasymiu jest w raju. Zauważyłam to zaraz po powrocie gdy okazało się,  że on wcale w domu być nie chce. Tam ma wszystko, czego mógłby zapragnąć. Może spokojnie sam biegać na zewnątrz, wychodzić, wchodzić do domku kiedy chce, nikt go do niczego nie zmusza a do tego są żaby, kamienie, jezioro i miska na "pompam" czyli kąpać :D Czego chcieć więcej?

Oczywiście nie przewiduję w najbliższym czasie kolejnego wyjazdu, jako, że trzeba mieć trochę urlopu na to a u nas nie za dobrze to wszystko wygląda.

Niemiecki mój się ciągnie w górę, a to za sprawą serwisu Live Mocha, który odkryłam przedwczoraj i jestem zachwycona! Jeśli ktoś z Was chce uczyć się języków a nie ma czasu czy też pieniędzy chodzić na kurs, tuaj na pewno warto zajrzeć.

A teraz czas na trochę zdjęć, co się działo podczas naszej nieobecności...:

Filip podlewał trawnik (i siebie)


Kąpał się w misce


Prywatna huśtawka


Czasem też spacerował polnymi ścieżkami 


Próbował uciekać


Zestaw małego ogrodnika


Kąpiel w jeziorku z mamą :)


Dorosły rower


Do tego zaczął zauważać stan przynależności. Patrzy na samochodzie woła: to dziadzi! to taty! to dziadzi! to taty! I tak... w koło! Potem idzie do butów i słyszę: to baby! to dziadzi! to mamy! to taty! Podchodzę i pokazuję na jego stopy. Filip zmieszał się, skulił głowę i cichutko szepnął: To Fifi.

My czujemy się super wypoczęci, chociaż Filip tęskni za dziadzią. Oczywiście musi nas odwiedzić już już, czyli za godzinę :P Bo mały się domaga. No cóż... nie umiem mu odmawiać

sobota, 6 lipca 2013

Wakacje po niemiecku

Nie, nie wyjechałam do Niemiec. Obecnie jestem gdzieś na drodze szybkiego ruchu nr 7, kierunek Olsztyn, a dokładniej Pasym :) i nie, nie prowadzę. Jeszcze nie było mi dane prowadzić w trasie i jak widzę, Misiek nie pali się, aby mi oddać stery. Siedzę więc sobie z małym spiącym mleczakiem na tylnym siedzeniu i korzystam w dobrodziejstw internetu w telefonie nawet w najdalszych zakątkach zadupiowa!

Więc skąd ten niemiecki? Po części stąd, że zakupiłam samouczek i mam zamiar nauczyć się tego obrzydliwe brzydkiego języka. Zajrzałam do małej książeczki dołączonej do kursu multimedialnego i jestem przerażona: dużo gramatyki, dziwnych dialogów i skomplikowanych tabelek. I choć uczylam się niemieckiego przez dwa lata (jakieś 10 lat temu, w gimnazjum) to miałam problem z przedstawieniem się! Ale teraz trochę poćwiczę i od września pójdziemy z Miśkiem na jakiś kurs. On uczył się niemieckiego 6 lat ale poziom ma taki jak ja. Porażka!!! ;))

Druga rzecz związana z niemieckim to muzyka Hansa Zimmera, która towarzyszy nam w podróży. Myślę że ciężko gościa nie kojarzyć, choćby ze słuchu, bo to on jest autorem niemalże wszystkich epickich dźwięków do filmów. Mój ulubiony kawałek to "Time" zrealizowany do Incepcji. Jak go słucham czuje się jakbym była wyższa o pół metra (a już jestem wysoka) i miała płaszcz SuperWoman :) Jestem wielką fanką epickiej muzyki, nie musi być słów, wystarczy trochę basów i syntezator.

Do Olsztyna jeszcze 40 kilometrów czyli jeszcze ponad 70 do celu. Zabawki spakowane, przyczepy, traktory i książeczki. Jestem przygotowana na każdą ewentualność ale wypoczywać niestety nie zamierzam. Został mi ostatni, niestety najcięższy egzamin w tym miesiącu i mam zamiar pouczyć się w bardziej przyjemnym miejscu.

Życzę Wam cudownego weekendu! :)

czwartek, 4 lipca 2013

Jak położyć dziecko spać?

To jest pytanie! Moje dziecko spać nie lubi. Albo może tak: nie lubi zasypiać. Tak jak wieczorem odchodzę od zmysłów jak go położyć, tak w ciągu dnia wcale nie jest dużo lepiej. Filipek przeważnie zasypia w wózku i albo idziemy na spacer (czego już nie robię ostatnio, bo wolę, jak na spacerze biega a gdy śpi to ja odpoczywam) albo go wnoszę do góry zaraz po zaśnięciu.

Jest jeden problem. Mieszkam na 3 piętrze bez windy, mam głośnych sąsiadów i Filip ostatnio daje mi czadu, gdyż wybudza się od razu jak go wezmę na ręce z wózka. Tak zrobił wczoraj po 3 minutach drzemki (a zasnął potem dopiero o 18) i tak zrobił dzisiaj. Wariuję. Potrzebuję tej drzemki, to jedyna chwila odpoczynku w środku dnia, nie mogę bez tego normalnie funkcjonować.

Dzisiaj poszłam z Filipkiem wcześnie na spacer, bo już po 10. A zasnął mi 10.45. Gazu do domu, wyjmuję z wózka no i... oczy w mig jak pięciozłotówki. Daję butlę z mlesiem, wnoszę na górę, ale oczywiście mały już spać nie chce. Z bezsilności zaczęłam płakać to i Filip razem ze mną: najsmutniejsza podkówka świata i na twarzy wyrzuty sumienia, że coś zrobił nie tak. No to przytulamy, kładziemy się na łóżku... i poszłam spać. Najzwyczajniej zamknęłam oczy i leżałam GODZINĘ a w międzyczasie moje dziecko hasało sobie wokół. Tu zapalił lampkę, tutaj przyniósł buty i zdzielił mnie po głowie. Próbował też wsadzać mi palce do oka i do nosa. Ciężko było, ale jakoś zachowałam kamienną twarz. Nawet w trakcie tych jego harców trochę się zdrzemnęłam :D Po godzinie Filipek się znudził i po prostu do mnie dołączył.

Teraz odpoczywam ZNOWU gdyż dzięki cudownej drzemce mam aż 3 godziny luzu! Godzinę przespaną i zapewne dwie, kiedy będzie spał Filipek :))) W życiu nie spodziewałam się, że coś takiego się uda, z resztą wiedziałam, że wstanę od razu jak tylko zacznie się denerwować. A tu nieeee, znalazł pluszowego króliczka, samochodziki i bawił się sam. Potrzeba jest matką wynalazków!


A tutaj Filipek i prababcia Ziutka ;)


środa, 3 lipca 2013

Wyjazdy i powroty.

Rozmawiałam wczoraj z moją przyjaciółką z dzieciństwa. Postanowiła, wraz z narzeczonym, wrócić do Polski po dwóch latach życia na Wyspach. Z jednej strony rozumiem to (jej narzeczony nie może znaleźć pracy w zawodzie) a z drugiej jestem trochę w szoku. Planowaliśmy wyjazd, chcieliśmy do Londynu i ich tam nie będzie.

Zaczęłam wczoraj z Miśkiem rozmowy, jak to sobie dalej wyobraża. Sytuacja na wyspach nieciekawa. Wiele imigrantów - tych złych, psuje to, co było tam dobre. Nie chcemy być też postrzegani jako "cwaniaczki-polaczki" jadące dla socjalu. Uwierzcie mi, że Misiek na swoich poborach programisty nie załapałby się na żaden socjal. Do tego nie chcemy być nagle zaatakowani maczetą na przedmieściach tylko dlatego, że kobieta/mężczyzna/chrześcijanin/biały itd. A ostatnio o tym mnóstwo. Do tego wiem, że pracy w swoim zawodzie w Londynie nie znajdę. Za dużo native speakerów. Dlatego też Misiek wysunął coś w stylu: "poczekajmy jeszcze rok".

Wkurzyłam się. Plany emigracyjne mam od zawsze. A plan, że wyjadę na zawsze odkąd wróciłam z wyjazdu aupair ze Szkocji 4 lata temu. Nawet się wtedy z Miśkiem nie znaliśmy. A on miał podobne plany wówczas.
W międzyczasie zdałam maturę, rozpoczęłam jedne studia, rozpoczęłam drugie, urodził się Filip. Plany ciągle były przesuwane w dal, ciągle o rok, o pół. Ostatecznie ustaliliśmy rok temu: 2014. Obronię się, Filip już będzie miał prawie 3 lata więc będzie bardziej samodzielny, rozumny, wyślemy go do przedszkola. I klops. Osoby na które tak liczyłam, że nam pomogą, będą wspierać (ja tam naprawdę nikogo nie znam) wracają do Gdańska, z doświadczeniem, że to nie dla nich, i że już raczej zostaną w Polsce.

Na słowa Miśka zareagowałam dużym poirytowaniem, w końcu czekam na ten dzień, aż w końcu spakujemy manatki i poszukamy swojego miejsca gdzie indziej. Misiek jednak myślał, żeby poczekać rok więcej i spróbować swojego szczęścia w Szwajcarii. To jest nasze miejsce docelowe: spokojny, czysty kraj, jasne przepisy, niskie podatki, cudowna służba zdrowia. Tylko nie wiem, czemu czekać rok. Mam mętlik w głowie. Nie znam niemieckiego. Nigdy nie byłam też w Szwajcarii (Misiek był raz, parę lat temu).

Nie wiem co o tym, wszystkim myśleć. Niczego nie wykluczamy, bo na nic się nie zdecydowaliśmy. Dlatego jeszcze chwilę porozmawiamy, poczytamy, poszukamy pracy... na pewno w żadnym wypadku nie jedziemy w ciemno. Ale zostać nie zostanę. Nie ma o tym mowy.

Filip na dziś.




wtorek, 2 lipca 2013

Jestem złą matką.

Rok, osiem miesięcy i 3 tygodnie. Tyle dokładnie wytrzymałam jako dobra mama. Dzisiaj - przyznaję się bez bicia - po raz pierwszy nakrzyczałam na Filipa. Nie wiem co we mnie wstąpiło. Stres przedegzaminacyjny? Może.Ale to mnie nie usprawiedliwia. Czuję się podle. I te małe oczka, krzywa minka, łezki jak zdał sobie sprawę, że mama jest na niego zła... a przecież nic nie robił takiego. Na pewno na te krzyki nie zasłużył.

Filip się popłakał, ja się popłakałam. Utuliłam do snu, teraz drzemie... a mnie jest źle. Siedzę, powinnam się uczyć bo o 17 egzamin z angielskiego. A ja nie mogę uwierzyć, że jestem taką podłą kreaturą. Nie wiem jak mogłam zrobić coś takiego. Doprowadzić moje dziecko do płaczu z byle powodu.

Zdarzało mi się ostro zwrócić uwagę jak biegł do ścieżki rowerowej albo robił inne niebezpieczne rzeczy. Ale teraz nic się nie działo. Po prostu jestem złą mamą.

Miała być notka o spotkaniu Fifiego z prababcią, o piątce z gramatyki opisowej, o tym, jaki wczoraj był przyjemny, luźny dzień. Zamiast tego jest smutek i wyrzuty sumienia. I sama nie wiem jak mam sobie z tym poradzić. Wiem, że ludzie robią dzieciom gorsze rzeczy i się tym nie przejmują. Ale to mnie nie pociesza. Wręcz przeraża jeszcze bardziej. Skoro ja nie mogę przejść do porządku dziennego, że Filip przeze mnie płacze i zachwiałam jego zaufaniem, jak inni mogą robić gorsze rzeczy bez mrugnięcia okiem?

Obiecuję oficjalnie, że już nigdy tego nie zrobię. Ale to czas pokaże. Ja jestem nerwus ale raczej nie wyżywałam się na bezbronnych małych istotach. I chcę, aby tak pozostało. Dzisiaj chyba zrobimy mały dzień dziecka... Bo nawet jak Filip zapomni, to ja nadal będę się czuła jak najgorszy padalec.