środa, 12 czerwca 2013

Katar.

Zaczęło się w nocy. Katar Filipa i chrypka przy płaczu. Budził się, toczył się. Rano dzwoniłam do lekarza i zabiegu nie było. Przy przeziębieniu nie można podać narkozy. Odwołaliśmy wszystko ale Misiek za to wziął sobie wolne i spędziliśmy ten dzień razem. Cieszę się, bo chory Fifi jest naprawdę mocno marudny.

Wieczorem 38,3... Szybko czopek i cisza, teraz śpi...

Dzień był fajny - mały marudził ale właściwie staraliśmy się robić wszystko, żeby mu było lepiej. Place zabaw, zamki z piasku, wycieczka na rower, na plażę, na molo (plum z mola!). Mało jadł, dużo płakał, bardzo chciał być przytulony do nas.

Smutno mi. Nie lubię, jak Filip choruje a jest tak pierwszy raz od zimy. I właściwie zawsze jak myślimy o tym zabiegu, o tym, co należy zrobić już od dawna, Filip nagle zaczyna gorączkować i cieknie mu z nosa. Nie zrozumiem jak to wszystko jest powiązane. Z resztą jest tak ciepło, słonecznie, letnio i dziwne, że właśnie teraz coś zainfekowało tego bąbla.

Cały dzień spędziliśmy więc latając po różnych placach/miejscach, widzieliśmy się z przyjaciółmi którzy pod wieczór wrócili do Londynu po krótkiej wizycie w Polsce, odwiedziliśmy moją mamę, a Filip miał okazję wejść i usiąść w prawdziwym wozie strażackim! (Moja mama pracuje obok SP, w tym samym budynku i poszliśmy popatrzeć na IJO IJO). W między czasie uczę się łaciny, która wchodzi mi naprawdę opornie. Ale Misiek mi pomaga i ufam, że będzie okej. Jakoś zdam, egzamin w piątek.

Idę spać. Ledwo zipię. Jeszcze angielski w niedzielę, kurs zintegrowany w sobotę i praca na dydaktykę do niedzieli... kiedy ja to wszystko zrobię? Kiedy się pouczę? Dziecko chore, ja w rozsypce, jutro dentysta, nie ma kto mi pomóc, zabrać, żebym się mogła pouczyć. Mama w pracy, teściów nie ma, siostry mają swoje sprawy. Chyba muszę zawiesić blogowanie do końca czerwca. Zobaczymy...

1 komentarz: