sobota, 29 czerwca 2013

przyczepa, cynana i inne cudawianki

Dzisiaj - ku mojemu zaskoczeniu, ale co wszyscy oczywiście wiedzieli - była zerówka z gramatyki opisowej. I jestem niemalże przekonana, że poszło mi dobrze. Oczywiście im więcej o tym myślę, tym bardziej myślę, że coś rozwaliłam ale tak zawsze jest. Jutro wyniki i... egzamin z dydaktyki. A ja myślałam, że gorzej być nie może. To dopiero jest horror. Czysta teoria i pseudonaukowy bełkot. No cóż.

Kurs zintegrowany, leksyka i literatura hiszpańska to trzy przedmioty z których już posypały się piąteczki :) Gratulacje jak najbardziej na miejscu!!!

A teraz trochę o małym bąku. Trochę nam słownik się rozrósł. Ale nie tylko. Chęć do rysowania jest coraz większa. Oczywiście rysować ma mama. Kredka w rękę i dajesz. A co ma rysować? Pytanie za sto punktów. Kto zgadnie? PRZYCZEPĘ. Jakiś dowcip co? Sto pięćdziesiąt siedem przyczep na jednej kartce. Nic innego go nie interesuje. Czasem zgodzi się na jakąś cynanę (cysternę) ewentualnie słonia. Ale przyczepa rządzi.

Mama ma też budować z duplo. Ostatnio konwersacja wyglądała następująco:
- Mama, brum brum! - Filip trzyma w ręku stelaż od samochodu. Więc podłączam do podwozia.
- Lala! - Trzeba włożyć ludzika do samochodu.
- Przyczepa! - no to podłączamy zieloną przyczepę
- IJOIJO! - no i podłączamy koguta do samochodu.

I tak w kółko, parę razy dziennie.
Dzisiaj rano usłyszałam też najpiękniejsze słowo świata. W wykonaniu mojego dziecka brzmi ono HUHAM. Znowu konkurs dla wielkiego odkrywcy. Oczywiście to najprawdziwsze KOCHAM :) Misiek usłyszał te słowa w niedzielę, na dzień taty. Ja niecały tydzień później. I już wszystko jest super, życie spełnione, pora umierać :))))

Jeszcze jedna anegdotka o moim szopie. Mianowicie kiedy Filipka coś boli w głowę to gdzie mama ma pocałować? W stopę. Raz w jedną raz w drugą. "Mama tutaj nuna (dźwięk buziaczka)" :))))))

Pomimo tych trudnych dni, ciężkich, pełnych nauki, wszystko jest super. Jestem zadowolona z tego, co mam. Chce mi się spać, jestem na trzech kawach i dwóch red bullach, cały dzień zgarbiona od siedzenia... ale życie jest piękne, tak po prostu :)


piątek, 28 czerwca 2013

Nawet lubię się uczyć.

To, co się dzieje ostatnio w moim życiu sprawia, że nie mam w ogóle czasu dla mojego synka. Ciągle nauka, licencjat albo prace zaliczeniowe. Jestem tym wszystkim tak zmęczona, że już nie wiem jak się nazywam. Kawa za kawą, nie jem bo zapominam, siedzę po uszy w notatkach, dom mam tak brudny, że dzisiaj nie miałam nawet czystych skarpet. Jednym słowem: masakra.

Pociesza mnie nieco myśl, że najgorsze, czyli gramatyka opisowa już będzie za mną w ten weekend. Siedzę w tym godzinami każdego dnia i chociaż wydaje mi się to coraz bardziej interesujące, każde kolejne zdanie wchodzi z coraz większym wysiłkiem. Licencjatu została mi równo strona (chociaż zauważyłam, że moja promotorka - niestety - jest bardziej wymagająca od innych i chyba nie odpuści mi, będę musiała tę pracę skończyć dzisiaj...) to przypisy, formatowanie i samo zakończenie pracy sprawia, że odechciewa mi się studiowania. Jeszcze nic nie umiem na dydaktykę języka hiszpańskiego, z której to egzamin mam w niedzielę, miałam napisać pracę zaliczeniową na ten też język i nadal nic nie zaczęłam ani nie mam pomysłu. Jak mi się uda, zrobię ją dzisiaj ale nie wiem czy w ogóle jest to możliwe.

Bycie mamą-studentką powoli staje się trudniejsze niż kiedyś. W zeszłym roku było prościej. Miałam indywidualny tryb nauczania a Filip miał 4 długie drzemki w ciągu dnia, które pozwalały mi na odpowiednią dozę nauki. Obecnie jestem skazana na pomoc innych i jakimś cudem ciągnę jedno za drugim. Ale wszystkiego w pierwszym terminie nie zdam. Nie przeczytałam Owidiusza i nie poszłam na ostatnie zaliczenie z łaciny. Został mi wrzesień. Trudno.

I mimo tych moich narzekań, mimo tego, że mi ciężko, jestem zmęczona, usypiam nad komputerem a Filip obraził się na mnie, że nie chcę go wpuścić do sypialni (to mój azyl, tu mi się najlepiej uczy), lubię, jak mnie cisną terminy. Coś się w życiu dzieje, nie ma monotonii no i jest motywacja, a u mnie z tym ciężko zazwyczaj.

Poza tym Misiek jest bardziej wyrozumiały, siostry nie zrzędzą, że ciągle chcę pomocy...
Dobra, koniec obijania się. Czas formatować tekst. Nie jestem z niego jakoś bardzo dumna, ale myślę, że przejdzie na 4. I tego mi życzcie :)

środa, 26 czerwca 2013

Rodzinne zawirowania.

Wczorajszy dzień przyniósł mi porządnego kopa w tyłek oraz dozę rozczarowań i złości. Smutne, że czasem to osoby, które były nam kiedyś bardzo bliskie sprawiają największe przykrości i celowo doprowadzają nas do stanów przedzawałowych.

Nie chcę pisać dokładnie o co chodzi, ale myślę, że każdy z nas kiedyś zawiódł się na kimś z rodziny. Z rodziną wychodzi się najlepiej na zdjęciu - tak mówią. I to wydaje się być tak niesamowicie prawdziwe! Patrząc na to, jak układają się moje relacje z jednym "rodzicielem" i jak układały się jego relacje z jego "rodzicielami" nic mnie już nie zdziwi. Ale jedno powiem: nigdy nie pozwolę, aby przez moje głupie błędy, bezmyślność i egoizm odwróciły się ode mnie moje własne dzieci.

Dzieci to coś najcenniejszego w życiu. Rodzisz je, potem jesteś za nie odpowiedzialna, kształtujesz, uczysz, czasem poprawiasz za nie błędy i starasz się, żeby mimo wszystko uczyły się na pomyłkach innych niż na swoich. Rodzic to trudny zawód, czasem niewdzięczny, gdy padasz ze zmęczenia, gdy słyszysz "nienawidzę cię", gdy starasz się pomóc a wychodzi na to, że wprawiłaś swego potomka w zażenowanie. Różnie bywa w życiu, intencje nie zawsze zostają dobrze odczytane. Ale nie rozumiem tego, gdy specjalnie, celowo, dla własnych korzyści i ambicji krzywdzisz swoje dziecko.

Trochę sobie wyrzuciłam, mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe. Było mi to potrzebne.

A to w niedzielę, w drodze do domu z dłuuuugiej podróży.


wtorek, 25 czerwca 2013

Gramatyka opisowa i dupa.

Kto studiował filologię ten wie, że gramatyka opisowa to zmora każdego studenta. Ja mam powoli DOSYĆ przymiotników, rzeczowników, zaimków... I co, gdzie, dlaczego, jak, po co... Wiem, że muszę to wiedzieć. Wiem, że ma mi to pomóc. Trochę nawet tak jest. Ale ucząc się o przymiotniku nie rozumiem NIC.

Egzamin w niedzielę. Została mi jeszcze jakaś połowa zagadnień, czyli nie jest tak źle. Daję radę.

Filip nauczył się wczoraj słowa... dupa. Tak DUPA. Oczywiście usłyszał to ode mnie. Teraz chodzi po mieszkaniu i woła "dupa dupa dupa dupa...". No szlag. Teraz w domu jest kategoryczny zakaz wymawiania tego słowa. Może zapomni :) Nie chodzi mi o to, że to takie straszne ale on ma 20 miesięcy. Na takie słowa (i zapewne gorsze) przyjdzie jeszcze duuuużo czasu.

Tymczasem wracam do przymiotników i przysłówków. Misiek jeszcze siedzi w domu, za pół godziny wychodzi do pracy dopiero. Wróci o jakiejś pogańskiej porze. Do tego leje, więc nie wiem czy dam radę wziąć Filipka na spacer i położyć go spać. A czasu jest tak mało... W tym tygodniu jestem ewidentnie mamą na pół etatu. Ale tydzień temu byłam nią aż za bardzo.




poniedziałek, 24 czerwca 2013

Wycieczka.

Nie było nas tu ponad tydzień, a to dlatego,że  w tym gorącym sesyjnym czasie pojechaliśmy na wakacje :) Dokładnie 500km od domu na zlot maluchów z listopada 2011 w Sielpi Wielkiej aby zobaczyć się z koleżankami z forum ciążowego (tak tak wiem jak to brzmi, ja to forum uwielbiam!!!) i z ich dzieciakami.

Bawiłam się BOSKO chociaż trzeba przyznać, że ten mój maluch to torpeda. Nie da usiąść, pogadać, kawy wypić, trzeba za nim wszędzie biegać. Bo leci na ulicę, bo do stawu już go ciągnie, obok plac zabaw. Dzięki, że mam teściów (ha! naprawdę tak powiedziałam!) bo pojechali ze mną, zawieźli mnie a potem jeszcze zajęli się Fifim żebym mogła spędzić czas z koleżankami.

Filip podczas wyjazdu się niesamowicie rozwinął! Nie dość, że coraz więcej gada (wczoraj powiedział "Dziadzia da pepi" - pepi to jego czapka, pierwsze długie zdanie!) to powtarza jak najęty. Więc już jest psiciapa a nie pipapa, do tego psiapsici (spaghetti), plasia (plaża), a jaja! (ale jaja :D) i o ziubo! (o jezu - to akurat powtórzył po mnie :P). Do tego jest najszybszy ze wszystkich dzieciaków, a zdecydowanie najmniejszy (no i najstarszy bo z października a większość z listopada czy grudnia), wyrywał innym dzieciakom zabawki i zwiewał tak szybko, że nie miały szans odebrać swoich rzeczy ;)

Jestem przeszczęśliwa, że pojechałam ale następnym razem wezmę mojego chłopa - te, które pojechały rodzinnie miały lżej, a ja nie chciałam tak moich teściów nagabywać, i tak mnie tam przywieźli. Tyle, co zaproponowali to skorzystałam ale nie miałam serca więcej ich prosić.

Wróciłam wczoraj po południu, do swojego prysznica, miasta bez komarów (jak cudownie!) i do... sesji. Wiem, że pozwoliłam sobie na zbyt dużo więc teraz nie ma zmiłuj i będę przez ten tydzień wyjęta z życiorysu. Mam nadzieję, że uda mi się chociaż wpaść na chwilę i coś napisać ale mam 6 egzaminów w weekend... a czasu na naukę bardzo mało. Misiek obiecał pomóc i chodzić do pracy na 11 żebym mogła się z rana uczyć. Jakoś odechciało mi się prosić moją siostrę o pomoc...

Pierwszy raz nad jeziorem i pierwsza kąpiel w tak dużym akwenie 


Brudasek 


Ukradłem traktor i już nie oddam. No cóż, to mi najlepiej wychodzi.


niedziela, 16 czerwca 2013

Sesjo, przeklinam cię!

U mnie po staremu, aczkolwiek nie mam W OGÓLE czasu na cokolwiek. Sesja zabrała mój czas. Do tego mam w domu dwójkę chorowitków no i sama nie czuję się jakoś szczególnie dobrze. Zostało mi jeszcze siedem egzaminów, za mną tylko dwa. Wczoraj podeszłam na żywca do literatury hiszpańskiej i chyba mam 5 :P Jedna wielka praca zbiorowa... za przyzwoleniem pani doktor. Kocham takich wykładowców!!!

Filip cudownie się zmienia. Najnowsze słowo to "pipapa" czyli przyczepa. Nauczył się tego sam, nie musiałam go prosić o powtórzenie. Jest niesamowity. Rozwija się w ekspresowym tempie i co chwila mnie zadziwia.

Misiek w piątek był na zwolnieniu, nadal czuje się słabo. Musiałam opuścić część zajęć, bo nie miał siły, żeby zostać z Filipem. W najbliższy piątek jadę do Sielpi na zlot mamusiek listopadowych... och cudownie!

Nie ma nawet o czym pisać. Dom zamienił się w aptekę. Wszędzie zużyte lub nie chusteczki higieniczne, leki na katar, kaszel, gorączkę, tu dla Miśka, tu dla Filipka... ja się jakoś trzymam ale mam bardzo nieprzyjemny katar. Zobaczymy jak to będzie. Mam nadzieję, że niedługo wszyscy będziemy zdrowi.

środa, 12 czerwca 2013

Katar.

Zaczęło się w nocy. Katar Filipa i chrypka przy płaczu. Budził się, toczył się. Rano dzwoniłam do lekarza i zabiegu nie było. Przy przeziębieniu nie można podać narkozy. Odwołaliśmy wszystko ale Misiek za to wziął sobie wolne i spędziliśmy ten dzień razem. Cieszę się, bo chory Fifi jest naprawdę mocno marudny.

Wieczorem 38,3... Szybko czopek i cisza, teraz śpi...

Dzień był fajny - mały marudził ale właściwie staraliśmy się robić wszystko, żeby mu było lepiej. Place zabaw, zamki z piasku, wycieczka na rower, na plażę, na molo (plum z mola!). Mało jadł, dużo płakał, bardzo chciał być przytulony do nas.

Smutno mi. Nie lubię, jak Filip choruje a jest tak pierwszy raz od zimy. I właściwie zawsze jak myślimy o tym zabiegu, o tym, co należy zrobić już od dawna, Filip nagle zaczyna gorączkować i cieknie mu z nosa. Nie zrozumiem jak to wszystko jest powiązane. Z resztą jest tak ciepło, słonecznie, letnio i dziwne, że właśnie teraz coś zainfekowało tego bąbla.

Cały dzień spędziliśmy więc latając po różnych placach/miejscach, widzieliśmy się z przyjaciółmi którzy pod wieczór wrócili do Londynu po krótkiej wizycie w Polsce, odwiedziliśmy moją mamę, a Filip miał okazję wejść i usiąść w prawdziwym wozie strażackim! (Moja mama pracuje obok SP, w tym samym budynku i poszliśmy popatrzeć na IJO IJO). W między czasie uczę się łaciny, która wchodzi mi naprawdę opornie. Ale Misiek mi pomaga i ufam, że będzie okej. Jakoś zdam, egzamin w piątek.

Idę spać. Ledwo zipię. Jeszcze angielski w niedzielę, kurs zintegrowany w sobotę i praca na dydaktykę do niedzieli... kiedy ja to wszystko zrobię? Kiedy się pouczę? Dziecko chore, ja w rozsypce, jutro dentysta, nie ma kto mi pomóc, zabrać, żebym się mogła pouczyć. Mama w pracy, teściów nie ma, siostry mają swoje sprawy. Chyba muszę zawiesić blogowanie do końca czerwca. Zobaczymy...

wtorek, 11 czerwca 2013

20!

Ciężko mi się w sesyjnym czasie zebrać do regularnego pisania na blogu. Tyle rzeczy do zrobienia... Do tego dowiedziałam się wczoraj, że Filip będzie miał jutro zabieg (planowany, ale nie wiedziałam kiedy to nastąpi). Wszystko pod narkozą, w chirurgii 1 dnia, zostanie wypisany tego samego dnia co przyszedł więc raczej obejdzie się bez komplikacji. Niestety wszystko jest o 15 a Filip ma być na czczo. Mój biedny mały miś. Nawet mleka mu nie będę mogła podać. Mam ochotę umrzeć. Martwię się od wczoraj cały czas, nie śpię, nie uczę się, odwołałam wszystkie zajęcia...

Ale z fajnych wiadomości, to Fifi ma dzisiaj okrągłe urodziny - całe 20 miesięcy na tym świecie :) I muszę przyznać, że obecne momenty są najcudowniejszymi chwilami w jego rozwoju - dużo rozumie,właściwie wszystko, mówi niewiele (chociaż ma bazę 50-głównie własnych słów) ale my się z nim komunikujemy bez trudu, do tego nie stracił jeszcze swojej słodyczy i śmieszności. Czego chcieć więcej?

Wczoraj była u mnie kuzynka i poprosiła mnie, żebym była świadkiem na jej ślubie :))) Zrobiło mi się mega miło, chociaż nieco obawiam się tej sytuacji, to rodzina od strony ojca a ja z ojcem nie rozmawiałam od ponad 3 lat... no cóż, skoro chce zaprosić też moją mamę to chyba wie co robi. Czyli w sierpniu czekają nas dwa wesela (jedno większe - przyjaciółki i chrzestnej Filipa, a drugie kuzynki, małe, skromne, po cywilnemu bo oboje mają już jedno małżeństwo za sobą). Przynajmniej koszt sukienki rozłoży się na dwie imprezy. Niestety rola świadkowej oznacza, że nie mogę być fotografem podczas ceremonii. No cóż, będę nim w czasie kolacji ;)

Po południu widziałam się z ową przyjaciółką właśnie, przyleciała z Londynu na ślub swojej tym razem przyjaciółki... ach ten sezon ożenkowy! Filip zachwycony nią do szaleństwa (od uwielbia ludzi!) i nie odstępował jej na krok. Byłyśmy na długim spacerze przy super oświetleniu zachodzącego słońca, czego rezultaty można oglądać tutaj.

Trochę Filipa na dziś. Tego nigdy dość!

Halo halo to słowa dnia. Dzisiaj gadał tak przez pół godziny, chociaż już dawno sam się z tatusiem rozłączył


Robimy rodzinne sushi :)



6. What band or musician is most important to you?
Trudne pytanie, myślę, że każda piosenka którą lubię ma duuuży wpływ na to co robię i myślę, ale od paru lat jest to niezmiennie Florence + The Machine.

7. Do you read? What are your favourite books?
Czytam kiedy mogę, ostatnio trochę rzadziej niestety. Uwielbiam Neila Gaimana, Pratchetta (Wiedźmy!), Orwella i wszelaką prozę przygodową. Ostatnio zaczytywałam się po raz pierwszy od lat dziecięcych w 80 dni dookoła świata ale po hiszpańsku ;)

8.Three things you want to say to different people:
Florence Welsh: Zmień datę swojego koncertu w Polsce ;)
Moi teściowie: my sobie naprawdę dajemy świetnie radę SAMI :D
Kościelny w mojej parafii: przestańcie łupać tymi dzwonami o 6 rano budząc moje dziecko! On już potem nie zasypia a ja jestem zombie do wieczora i ćpię redbulle.

Wiem, że jestem agresywna, ale są to rzeczy których na pewno nie powiem nigdy wprost.

9. Pet peeves
Jestem z natury pokojową osobą, więc ciężko mi powiedzieć co mnie wkurza. Wyżej wspomniane dzwony o świcie. Co to za pomysł? Kto na to wpadł? Dlaczego to tak powszechna praktyka? Inny kościół u mnie na dzielnicy wpadł na super pomysł, żeby o 21 wygrywać psalmową melodyjkę na dzwonach. Zabiłabym. Oczywiście nie przeszkadzało mi to, dopóki nie miałam dziecka.
Jeszcze skrobanie widelcem po talerzu. Matki które wiedzą wszystko. I moja siostra. Ale tylko czasem i nie powinnam na nią narzekać, bo i tak mi pomaga.

piątek, 7 czerwca 2013

Jak jest po angielsku hello kitty?

Pytanie jak w tytule. Usłyszałam je dzisiaj z rana, będąc w "Żabce". Dziewczynka, gdzieś pierwsze lata podstawówki, i tata, kupujący jej drugie śniadanie w postaci batoników (ach, ci ojcowie! ;))

- Tato... jak jest po angielsku Hello Kitty?
- Ale to jest po angielsku.
- Aha... - chwila ciszy - Ale jak to jest po angielsku?
- To jest angielski zwrot, po polsku by było "Witaj Kotku".
- Aha... po angielsku... No ale jak?

Całość mnie tak ubawiła, że wyszłam ze sklepu i śmiałam się już na całego. Uwielbiam rodziców, którzy niczym niezrażeni są w stanie powtarzać sto razy to samo, żeby tylko dziecko zrozumiało. Tak mało jest teraz takich pozytywnych ludzi! Niby szerzy się dobry model wychowywania (oczywiście dobry jako moja subiektywna opinia - bezstresowy ale bez pozwalania dziecku wejść sobie na głowę) a jednak ciągle jest masa rodziców, którzy nie chcą poświęcić swojemu dziecku nawet chwili uwagi. Jak sytuacja, której świadkiem byłam w środę. Razem z moją siostrą poszłyśmy na kawę. Filip spał. Idę na kawę TYLKO jak Filip śpi, bo inaczej on się po prostu nudzi. I marudzi. I biega po centrum handlowym, gdzie owa kawiarnia się znajduje. I ucieka, trzeba go gonić a z picia kawy nici.

Jakaś babeczka z wózkiem, usiadła stolik za mną i wyjęła książkę. Dziecko w wózku (1,5 roku, jak się potem dowiedziałam) nagle zaczęło marudzić. A matka tylko "cicho bądź, uspokój się" i dalej czyta książkę. Potem cisza. Odwróciłam się za jakieś 15 minut TO DZIECKO NIE SPAŁO. Leżał w wózku jak lalka. Bez zabawki, bez książeczki. Otwarte oczy. Po 15 minutach to samo. Po kolejnych... Ten maluch leżał godzinę w wózku, nikt się nawet do niego nie uśmiechnął, zagadał. Mama musiała poczytać książkę i pójść na kawę. A mały co? Niech siedzi. Siedziałam tam 1,5 godziny aż Filip się obudził i po prostu wyszłam, bo jak napisałam wcześniej, nie siedzę NIGDZIE NIGDY jak Filip nie śpi. A ten chłopiec leżał. A jego mama do mnie w pewnym momencie, że on taki marudny bo mało spał. O boże...

Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak ta godzina leżenia to stracona godzina dla rozwoju dziecka. Po to wymyślono karuzele, zabawki itd żeby dzieci nimi rozwijać. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. A może dlatego, że mam naprawdę ruchliwe dziecko...? Nie wiem.

Na koniec dodam jeszcze historię z dzisiejszego ranka. Idziemy na spacer. Biorę sweter i słyszę z dołu, że mój mały ledwo odrośnięty od ziemi chce go dla siebie. Zabieram mu, zakładam na siebie... i ryk. No to oddaję mu, a on każe mi się ubrać... i paradował dzisiaj w maminym sweterku na spacerku, a teraz w nim śpi :D



4. WHAT DOES YOUR BLOGGER NAME MEAN:

NATKAK to po prostu Natka K. Pierwsza rzecz, która mi przyszła do głowy, najprostsza jaka mogłaby być ;)

5. FIVE PLACES I'D LIKE TO VISIT:

Japonia, dżungla Australijska, Szwajcaria, cała Hiszpania, Szkocja

środa, 5 czerwca 2013

3.

YOUR DAY IN GREAT DETAIL

Budzę się o 6.30, zawsze budzikiem Miśka, który wstaje do pracy. A właściwie przewala się na drugi bok. Po 15 minutach kopię go w żebra, Misiek wstaje. Ja kładę się z powrotem. Po 5 minutach budzi się Filip. Idę do lodówki po mleko ryżowe, zawieszając tego gnoma na biodrze. Biorę go do swojego łóżka, Filip idzie dalej spać.
Misiek wraca po PÓŁ GODZINNYM PRYSZNICU i każe mi wstać bo nie zdąży do pracy. Idę pod prysznic, robię śniadanie rodzinne (Misiek kąpie wtedy Filipa) i zmywam naczynia, których nie chciało mi się zmyć wieczorem. Zrzędzę, ile to mam syfu z samego rana. Jak zawsze.
O 8 Misiek wychodzi, jak zwykle spóźniony o jakieś pół godziny.
O 9.30 idę z Fifim na spacer, najczęściej na plac zabaw. Przez ten czas próbuję wcisnąć w niego śniadanie. Zazwyczaj dość nieudolnie. Fifi zasypia o 10.30 i śpi przez 1,5 do 2 godzin. Jak uda mi się go wnieść na 3 piętro i nie obudzić, lenię się, pracuję lub uczę. Najczęściej to pierwsze. Jak się nie uda, to zabawiam Filipa i umieram już o 17.
Po Filipkowej drzemce przychodzi moja siostra a ja daję lekcje z hiszpańskiego. Kończę ok 16 i wydzwaniam do Miśka, żeby szybciej wyszedł z pracy. Zawsze ale to zawsze wydzwaniam ze trzy razy aż w końcu każe mi sie odczepić.
Czekając na Miśka wracającego z roboty, robię zakupy, bo nie ma nic na obiad. Obiad będzie o 21 bo jestem zbyt nieogarnięta, żeby go zrobić w ciągu dnia. Próbuję tez przywrócić dom do ładu, ale co zaczynam sprzątać, Filip mi robi sajgon w innym miejscu... taaaak. Macierzyństwo.
Piję siódmą kawę w ciągu dnia. Kładę Filipa spać po tym jak wchodzi mi na głowę i jęczy CZYYYYYTA.
O 23 umieram.

:D:D

wtorek, 4 czerwca 2013

Rower.

Dzisiaj był dzień nad dnie! Sprawiliśmy naszemu szopowi dwa cudowne obiekty, którymi nie może się nacieszyć :) Pierwszy to zielone, plastikowe krzesełko z IKEA. Piękne nie jest, ale Filip siedział na nim pół dnia, rysował przy stoliku, jadł przy stoliku, czytał książeczki (tak tak MAMA CZYTA TUTAJ, MAMA CZYTA, MAMA TUTAJ i tak w kółko...). Po paru godzinach uśmiechu mojego dziecka wiem, że to był świetny zakup.

Drugą rzecz, jaką mu dzisiaj sprezentowaliśmy to... uwaga uwaga! Rowerek! Zielony,metalowy z pedałami (do których Fifi nie sięga), pasami bezpieczeństwa i uchwytem, którym rodzic może skręcać kiedy pociecha jeszcze nie za dobrze sobie z tym radzi. Już od paru tygodni Filip przejawiał wielkie zainteresowanie rowerkami swoich kolegów z piaskownicy, ale nie chciał na nich siadać. Wolał prowadzić za kierownicę lub siodełko i wywracać w piach. I tyle. Co prawda, za każdym razem, jak się dorwał do takowego sprzętu nie dawał sobie zabrać i jak koleżanka bądź kolega szli do domu, był wielki alarm, że po co rower z nimi idzie...

Dzisiaj jednak, gdy byliśmy w markecie na zakupach, Filip wyhaczył mały, różowy rowerek. Dziewczęcy, jak mniemam. Usiadł i kazał się wozić po całym sklepie. Pierwszy raz odkąd był mały (i spał jakieś 20h na dobę) zrobiliśmy zakupy w świętym spokoju. Po zakupach i wyjątkowo spokojnym rozstaniu z różowym cudem poszliśmy do położonego obok Decathlonu ale nie znaleźliśmy nic, coby odpowiadało naszym preferencjom. Drogie to, brzydkie i niefunkcjonalne. Jednak jak zajechaliśmy do hurtowni z zabawkami... ojjj jak wsiadł to już nie chciał zejść! Kupiliśmy, wyjechaliśmy przed sklep. No więc trzeba to jakoś zapakować do auta. Ale 1) Filip nie chciał wejść 2) rower nie miescił nam się w bagażniku i nie dało się go złożyć. Tak więc przejechał kawałek (jechaliśmy akurat do teściów) na tylnym siedzeniu obok mnie (siedzę obok Filipa) i szopa w foteliku. Ryk przez te 4 kilometry był straszny. Widzieć, a nie móc nawet dotknąć. Czułam się, jakbym ukarała moje dziecko dając mu prezent. Na szczęście na miejscu mu minęło, a rowerem jeździł też w mieszkaniu. Z powrotem nie było takiego problemu, bo zostawiliśmy go u teściów, żeby nam go zawieźli rano (mają większy samochód) ale za to był problem, żeby Filipa odczepić od roweru i pojechać do domu...

Zasnął w samochodzie w 2 minuty. Pewnie śni o rowerze i "dzyń dzyń" który jest obok. A ja jutro będę musiała 3 godziny wozić go po okolicy. Ale przynajmniej będzie zabawnie :):)

Zdjęcie roweru jutro (nie miałam aparatu i nie zrobiłam). Za to mam Filipa jedzącego ryż z marchewką - pierwszy 100% samodzielny obiad jedzony (no nie powiem zjedzony) widelcem!


Dodatkowo kolejny dzień wyzwań i..

10 LIKES & 10 DISLIKES
+ bycie mamą
+ fotografia
+ moja praca
+ 22C!!!
+ morze i spacery nad morzem
+ spędzanie czasu z ukochaną osobą
+ kawa
+ bycie docenianą
+ pomost w Pasymiu i ogólnie Pasym :)
+ marzenia, plany i próba ich realizacji

- burza
- ciemność
- samotność (też w tłumie)
- wątróbka i inne podroby dziwnego pochodzenia
- krzywda dzieci i głupi rodzice
- zimna kawa...
- tracić przyjaciela
- bycie zmuszaną do czegokolwiek
- wstawać przed 7 lub po 8 ;)
- tracenie czasu na różne głupoty zamiast się uczyć

poniedziałek, 3 czerwca 2013

30 days of challenge!


Zgodnie z myślą Minki postanowiłam coś od siebie dodać. Bloguję już całe dwa miesiące (o jeny, a wydaje się, że wieki!) i chyba czas dodać nieco "personal details". Tak więc startuję z numerem 1.

1. WRITE SOME BASIC THINGS ABOUT YOURSELF.
Mam 23 lata, mieszkam 20 minut od morza, mój synek kończy za tydzień 20 miesięcy, kocham podróże, robić zdjęcia, ciągle siedzę myślami gdzieś w przyszłości.

Ostatnie dni owocują niezwykłymi postępami Filipa. Przedwczoraj przybiegł do mnie z książeczką mówiąc mi "mama czyta!". Nie żartuję. Ja nigdy nie żartuję. Ostatnio to jego ulubione zajęcie (książki o brum-brumach albo o dźwiękach w różnych postaciach, wszystkie książki zwane są przez Fifiego "Bim-Bim") tak więc na czytaniu spędzamy około 2 godzin dziennie. Ale czegoś takiego się nie spodziewałam. Tego samego dnia, trochę wcześniej, siedzieliśmy na placu zabaw. Ja na ławce, on na krawędzi piaskownicy. I zawołał: "Mama tutaj nie, tam!" Czyli... miałam przenieść się na krawędź piaskownicy i siedzieć obok niego. Towarzyszyła temu Filipkowa gestykulacja (którą Misiek nazywa "na Zbaraż!" gdyż tak to dokładnie wygląda).

Do tego coraz piękniej układa klocki duplo, które stały się jego ulubionymi zabawkami bez nich nie ma dnia. Dodając kamienie (kiedyś zwane "niamienie" zamieniły się powoli w "nienienie") i wszelkiej maści samochodziki ("brum brum") tworzą kombinację, bez której ciężko wyjść z domu.

Dzisiaj odbyliśmy kolejną wizytę u dentysty i chociaż jeszcze jedna lub dwie, bardzo się cieszę, że tam chodzimy. Filip płacze, ale nie dużo i przestaje zaraz po grzebaniu w ząbkach. Potem daje cześć pani dentystce, dostaje balonika i płaci kartą zbliżeniową (i jedno i drugie nazywa się "pim". Kto zrozumie dlaczego?") i idzie spokojnie w stronę wyjścia. Nie jest źle. Naprawdę. Każdego razu jest coraz bardziej dzielny. Gorzej ze mną. W czwartek czeka mnie leczenie kanałowe. Oj chyba narobię wstydu mojemu dziecku, bo przy mnie to on jest wyjątkowo grzeczny u dentysty...

Dzielny gość!



sobota, 1 czerwca 2013

Dzień dziecka

My, dorośli,
na wiele potrzebnych nam rzeczy możemy poczekać.
Dziecko nie może.
Właśnie teraz formują się jego kości, tworzy krew, rozwija umysł.
Nie możemy mu powiedzieć jutro. Jego imię brzmi dzisiaj.

Gabriela Mistral


Dzisiaj znalazłam te słowa - jakże prawdziwe i szczere. I zastanawiam się, czy ja sama jestem taka wobec mojego dziecka? Czy zawsze podążam za nim, nigdy nie każę czekać? Dobrze wiem, ze tak nie jest. Staram się być dobrą mamą ale mimo wszystko czasem odczuwam zmęczenie, znużenie codziennością. Tyle spraw jest wokół do załatwienia, że gdy wracam do domu i powinnam bawić się z Filipem, po prostu mi się nie chce.

A kiedyś tak nie było.

Myślę sobie, że skoro nie mogę być 100% mamą nie powinnam pracować. Najważniejszym powinno być dla mnie poświęcić się dla tego małego człowieka, który mnie potrzebuje. Robiąc bilans zysków i strat tak naprawdę straciłam dużo siły, zarobiłam niewiele pieniędzy i mało satysfakcji. Jeszcze tak niedawno to rozwój Filipa, jego nowe umiejętności i szczery śmiech wystarczały mi za wszystko. Przecież pierwszy rok życia Filipka nie pracowałam. I nie znaczy to, że nie chciałam. Ale chyba przeceniłam swoje siły.

W pracy spędzam średnio 7 godzin w tygodniu. To nie wiele. Ale muszę się do tej pracy przygotować, sprawdzić prace domowe itd. Do tego teraz mam sesję egzaminacyjną i cały wolny czas powinnam poświęcić na naukę - a nie robię tego, bo jestem zmęczona. Nie bawię się z Fifim bo jestem zmęczona. Nie piszę licencjatu, bo znużenie sprawia, że nie chce mi się nawet otworzyć pliku.

Mama to wdzięczny zawód. Ale trzeba go wykonywać z odpowiednim poświęceniem i miłością. Zdałam sobie ostatnio sprawę, że Filip woli bawić się z Miśkiem, bo ja mu ciągle odmawiam. Szukam mu zajęcia coby robić jak najmniej. A jakby tak zrezygnować z kilku lekcji i przez wakacje odpocząć? Świat się nie zawali. Zawali się jednak, jeśli Filip będzie miał obraz wiecznie zajętej mamy, która nie ma ochoty na spędzenie z nim choćby jednej chwili.

Dzisiaj dzień dziecka. Ta chwila refleksji sprawiła, że chcę znowu być taka, jak kiedyś. Uczyć go, sprawiać, że jest coraz mądrzejszy, zaczyna mówić, rozpoznawać kolory, kształty, liczby. Gdzieś mi to zniknęło w pogoni za karierą. A cóż jest bardziej ulotnego niż te chwile z małym człowiekiem? Tak się zmienia, że niedługo nie będę pamiętała jak to teraz było. Nie będę pamiętała, bo nie patrzę.

Moja siostra wzięła go na spacer. Ale niedługo wrócą i wtedy zajmę się swoją najważniejszą rolą. Nie chcę być osobą, którą się stałam, mam dość tych strasznych zapracowanych dni i gonienia za terminami. Pora na bycie mamą. Na bycie kimś, kim zawsze chciałam być a co uciekło mi gdzieś w pogoni za błahostkami.