piątek, 24 maja 2013

Moje potyczki z językami.

Ostatnio zabrałam się za naukę angielskiego. Znowu. Próbuję tak ok dłuuuugich miesięcy i jakoś zmotywować się nie mogę. Te wszystkie czasy, słówka i kolokacje przerastają mnie zupełnie i pomimo, że uczę się tego języka od kilkunastu lat, to wcale nie mówię tak, jak bym chciała.

Języki obce wchodzą mi nadzwyczaj łatwo. Już po dwóch lekcjach francuskiego umiałam czytać, bo wymowa była logiczna (Bina, co Ty na to?). Uczyłam się niemieckiego przez 2 lata i szło mi nieźle. Próbowałam też Szwedzkiego. Problem w tym, że nie mówię dobrze w żadnym z tych języków. Ba, nawet po niemiecku nie umiem się już przedstawić bo automatycznie wchodzą mi moje hiszpańskie naleciałości. Wszystko jest ładnie pięknie w momencie gdy rzeczywiście się uczę. Chwila przerwy i koniec. Już nie potrafię nic.

Z angielskim było zawsze bardzo podobnie. Mama zapisała mnie na pierwsze lekcje kiedy miałam 6 lat. Potem 4 lata prywatnej nauki i w 4 klasie... nagle obowiązek angielskiego i wszystko od podstaw. W gimnazjum może nie od podstaw ale już też za niski poziom. W pierwszej klasie liceum nie miałam angielskiego w ogóle a w kolejnych trzech latach co rok inny nauczyciel i inny poziom każdy odbiegając od ideału. Nawet dodatkowe zajęcia nic nie pomogły. Nadal odstawałam nie tyle od grupy co od wymagań wobec siebie.

Teraz próbuję usiąść i zmusić się do powtarzania gramatyki. Ale to i tak mi nie pomoże skoro mam bardzo ubogie słownictwo. Zastanawiam się czasem, czy gdybym nie postawiła wszystkiego na hiszpański, mówiłabym lepiej po angielsku. Ale i to nie jest pewne.

Teraz maluje się w niedalekiej przyszłości wyjazd do Londynu. Studia magisterskie, egzaminy wstępne. Czy ja podołam? Czy bariera, którą utworzyły lata złego podejścia do tego przedmiotu, jest w ogóle do przeskoczenia? Misiek wierzy we mnie, pomaga, rozmawiamy czasem w tym przedziwnym języku ale mimo wszystko czuję się nie najlepiej, wiedząc, co jeszcze przede mną.

Właściwie pozostaje mi tylko rzucić się w wir nauki. A nawet nie mam na to czasu. Do egzaminów IELTS jeszcze tylko jakieś 10 miesięcy a muszę przeskoczyć całe dwa poziomy... Ale dam radę. Bo czemu nie? Może i nie będzie łatwo, ale droga przez hiszpański też bywała drogą przez mękę. A widzę jak jest teraz.

Idę poszukać dobrego korepetytora.

2 komentarze:

  1. hmmm z językami mam ciekawe przejścia, trzeba po prostu ciągle trenować... jak odchodzą w zapomnienie to jest ciężko. angielski miałam super opanowany,a teraz mam tendencję do wrzucania francuskich słówek... ucz się, ucz :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja na szczęście, tak jak Ty z językami nigdy nie miałam kłopotów , uczę się angielskiego, francuskiego i niemieckiego (no chyba, że z niemcem, ale to już inna historia...). Z mobilizacją niestety mam również podobnie, z czego nie jestem dumna :c.

    Gramatyka - jest dla mnie jednak najgorsza, bo najbardziej nudna... Ale be "optymistom"!

    Pozdrawiam! be-a-huminka.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń