piątek, 31 maja 2013

I nawet... i nawet poczułam się dorosła!

Ostatnimi czasy jestem jeszcze bardziej zajęta niż zwykle. Lekcje, tłumaczenia (dostałam dwa zlecenia i jestem soooo happy!), licencjat (którego nadal nie skończyłam, a powinnam) a do tego spotkania towarzyskie, angielski, do którego zaczęłam się przykładać i oczywiście (a może przede wszystkim) Filip.

Wczoraj byliśmy na urodzinach przyjaciela, spędziliśmy tam dwie godziny (niestety tylko tyle, bo dojazd z Gdańska do Gdyni to pół godziny) i muszę powiedzieć, ze znowu zaczęły mi sprawiać radochę spotkania z ludźmi. Przez jakiś czas czułam się wyobcowana z towarzystwa. No dobra, mało kto chce słuchać o tym, że się nie wysypiam a kupa Filipa to naprawdę dla mnie ważna sprawa, a ja sama nie rozumiałam o co chodzi z tymi imprezami jam session do rana i wyjazdami na żagle, w czym to fajniejsze od Filipa i jego małych spraw?

Wczoraj były urodziny chrzestnego Filipka dlatego też nie mogło nas zabraknąć. Czułam się fantastycznie! Tyle ludzi! Różnych, nowych, starych znajomych. I tematy - wszystko, od podróży, do wyjazdów emigracyjnych (zadziwiająco dużo z nich ma takie plany, ciekawe czemu ;)) a także o studiach, dziwnych historiach z życia itd...

Dorastamy. Towarzystwo mojego Miśka (a większość to byli jego znajomi jeszcze z liceum) to już ludzie w sumie przed 30, z zainteresowaniami, pomysłami na życie, poważną pracą. Dojrzalej myślący, nawet jeśli bez dzieci (bo oprócz nas to nikt z nich jeszcze nie ma) to jest to inny świat, taki, w którym się zupełnie lepiej odnajduję i czuję, że jestem jego częścią.

To takie dziwne, że życie toczy się dalej, że stajemy się dorośli chociaż przed chwilą byliśmy dziećmi. I chyba lepiej mi tak niż w gronie rówieśników, którzy myślą tylko o imprezach, ewentualnie z przerwą na sesję, chociaż nie zawsze. Takie czasy już są bezpowrotnie za mną. I nie wrócą, tylko czy to źle?

Staję się dorosła...

A to my!



wtorek, 28 maja 2013

Udało nam się!

Co oczywiście oznacza, że Filipek spał już dwie noce w swoim łóżeczku. Za pierwszy razem wzięłam go do nas o 6:00 rano (po dwóch pobudkach w nocy). Dzisiaj już tylko jedna pobudka i uwaga... sen do 7.30! A ja się w końcu wysypiam :)

Ostatnio Filipek jest niesamowity. Nie dość, że uczy się masy nowych słówek, to do tego przyswaja też inne umiejętności. Co do słówek i fantastycznego słowa "niamienie" (kamienie) doszło budowanie nowych zdań.Tak więc Filip wczoraj, kiedy wychodziliśmy i mówiłam, żeby przyniósł buty, usiadł na wycieraczce pod drzwiami i pokazał na stopę "tutaj nuna!. Do tego dzisiaj zostałam zbesztana, że nie pomagam mu wyjmować pudełka zza książek (zrzucał je tam z uporem) i pogroził mi paluszkiem z uśmiechem i "ty ty ty!". Rozmowa z dzieckiem się opłaca. Mówisz, tłumaczysz, czytasz książki a w zamian masz owoce później. Teraz uczę go liczyć do 5 na paluszkach. Z oporem, ale niedługo się nauczy.

Lepiej też idzie nam mycie zębów. Filip polubił owocowe herbatki więc mam spokojne sumienie :)

Na dzisiaj polecam moją ulubioną piosenkę (a nawet płytę) ostatnich dni. Uśmiecham się, jak tylko ją słyszę. I nie tylko dlatego, że Filip do niej tańczy.



A dzisiaj Misiek powiedział mi, że jestem coraz piękniejsza. Czego chcieć więcej?


niedziela, 26 maja 2013

Przemeblowanie.

Wiele różnych okoliczności sprawiło, że zostaliśmy posiadaczami nowych mebli. Oczywiście nowe są dla nas, większość ma jakieś 5 lat ale to nam w ogóle nie przeszkadza. Najważniejsze, że mamy możliwość odświeżenia naszego mieszkania zupełnie za darmo!

Mamy więc stół - drewniany (a nie szklany jak dotychczas) i rozkładany. Jest też stolik do kawy, którego nie mieliśmy wcale. Ale najważniejszą zdobyczą na dzisiaj jest kanapa. Rogówka, skórzana, wygodna (wiemy, bo mamy taką samą w salonie ;)), która była pretekstem do kolejnych zmian: wyrzucenia biurka z którego nikt nie korzystał, a także do wyrzucenia małego łóżeczka Filipa.

Fifi w swoim łóżeczku przestał spać kiedy miał jakieś 1,5 miesiąca. Płakał strasznie, że chce się przytulać, że chce jeść i się przyssać a ja nie miałam serca zostawić go płaczącego. Nie wiedziałam, czy był głodny - może i nie. Ale to nie było ważne. Najważniejsze to, żeby moje dziecko było szczęśliwe. Więc zaczął spać z nami. Jedząc 24/h (nie żartuję!), sprawiając, że moje życie poza domem ograniczyło się tylko do zakupów w supermarkecie lub spaceru. Kiedy się budził - jadł. Jak spał, też w większości jadł. Nauczył się zasypiać tylko przy jedzeniu. I spać tylko przy jedzeniu. Byłam uziemiona na parę miesięcy. Przeszło, ale sprawiło, że karmienie piersią stało się męczarnią i przez długi czas miałam do tych chwil awersję. Przestałam lubić karmić. Co nie znaczy, że nie karmiłam, nieee, skończyłam prawie rok od zakończenia przygody z wiecznym ssakiem. Ale i tak już nie było różowo.

Kiedy Filip nie chciał spać, bywało, że nosiliśmy go po całym domu z włączonym odkurzaczem. Oczywiście o rachunkach nie muszę wspominać... O naszych plecach też. Filip robił się coraz cięższy, skończył rok i nadal był noszony, nadal zasypiał jak tylko usłyszał odkurzacz.

Skończyłam go karmić, jak miał 14 miesięcy. Ale odkurzacza nie wyrzuciłam. Włączałam, kiedy trzeba było. Dawałam butlę z mlekiem czy sokiem (to dlatego ma zepsute teraz zęby). Trzy tygodnie później pojechaliśmy na narty. Tam nie było odkurzacza - jedna rzecz wyeliminowana. Ale był sok. I mimo wszystko budził się co godzinę na butlę. To była masakra.

I tak to trwało do maja. Poszliśmy do dentysty, kazała nam zmienić nawyki bo już jest próchnica. Zaczął w nocy pić wodę, którą uznał na tyle nieatrakcyjną, że przestał pić cokolwiek. Budzi się raz, może dwa w ciągu całej nocy. Zasypia sam lub naprawdę rzadko z butelką. Ale nadal spał z nami w łóżku. Do dzisiaj.

Dzisiaj wyjęliśmy materacyk z jego łóżeczka i ustawiliśmy obok naszej nowej kanapy. Oj, co za radość na tej małej Filipkowej twarzy! Dostał prześcieradełko ze zwierzątkami, poduszkę, żeby nie uderzał głową w ścianę przy pobudce. Poczytałam ulubioną książkę, nakryłam kołderką, przytuliłam się obok leżąc na twardych i zimnych panelach. Było warto. Śpi. Śpi sam. Pierwszy raz od... właściwie od prawie zawsze. Jeszcze nie wiem, czy się udało, jeszcze nie wiem, czy nie obudzi się zaraz krzycząc mama i chcąc przytulanki. Ciężko mi to powiedzieć. Ale cieszę się, że spróbowaliśmy. I było naprawdę bezproblemowo!

Życzcie więc nam jak najwięcej nocek osobno (Misiek wraca do sypialni, huraaaa! :D) i jak najwięcej przespanych nocy. Nikomu nie życzę perypetii z karmieniem, butlą, noszeniem i odkurzaczem i nie życzę w sumie żadnych przygód z zasypianiem. Cieszę się teraz, że nigdy nie posłuchałam jakichś głupich książek i rad o zostawianiu dziecka samego w pokoju i dawaniu się wypłakać. Mój synek jest szczęśliwy, że mógł się położyć w swoim własnym "łóżeczku", nawet jeśli jest to po prostu materac na podłodze.

Jestem z siebie dumna i życzcie mi przespanej nocy. Jutro dam znać, czy nam się udało :)

piątek, 24 maja 2013

Moje potyczki z językami.

Ostatnio zabrałam się za naukę angielskiego. Znowu. Próbuję tak ok dłuuuugich miesięcy i jakoś zmotywować się nie mogę. Te wszystkie czasy, słówka i kolokacje przerastają mnie zupełnie i pomimo, że uczę się tego języka od kilkunastu lat, to wcale nie mówię tak, jak bym chciała.

Języki obce wchodzą mi nadzwyczaj łatwo. Już po dwóch lekcjach francuskiego umiałam czytać, bo wymowa była logiczna (Bina, co Ty na to?). Uczyłam się niemieckiego przez 2 lata i szło mi nieźle. Próbowałam też Szwedzkiego. Problem w tym, że nie mówię dobrze w żadnym z tych języków. Ba, nawet po niemiecku nie umiem się już przedstawić bo automatycznie wchodzą mi moje hiszpańskie naleciałości. Wszystko jest ładnie pięknie w momencie gdy rzeczywiście się uczę. Chwila przerwy i koniec. Już nie potrafię nic.

Z angielskim było zawsze bardzo podobnie. Mama zapisała mnie na pierwsze lekcje kiedy miałam 6 lat. Potem 4 lata prywatnej nauki i w 4 klasie... nagle obowiązek angielskiego i wszystko od podstaw. W gimnazjum może nie od podstaw ale już też za niski poziom. W pierwszej klasie liceum nie miałam angielskiego w ogóle a w kolejnych trzech latach co rok inny nauczyciel i inny poziom każdy odbiegając od ideału. Nawet dodatkowe zajęcia nic nie pomogły. Nadal odstawałam nie tyle od grupy co od wymagań wobec siebie.

Teraz próbuję usiąść i zmusić się do powtarzania gramatyki. Ale to i tak mi nie pomoże skoro mam bardzo ubogie słownictwo. Zastanawiam się czasem, czy gdybym nie postawiła wszystkiego na hiszpański, mówiłabym lepiej po angielsku. Ale i to nie jest pewne.

Teraz maluje się w niedalekiej przyszłości wyjazd do Londynu. Studia magisterskie, egzaminy wstępne. Czy ja podołam? Czy bariera, którą utworzyły lata złego podejścia do tego przedmiotu, jest w ogóle do przeskoczenia? Misiek wierzy we mnie, pomaga, rozmawiamy czasem w tym przedziwnym języku ale mimo wszystko czuję się nie najlepiej, wiedząc, co jeszcze przede mną.

Właściwie pozostaje mi tylko rzucić się w wir nauki. A nawet nie mam na to czasu. Do egzaminów IELTS jeszcze tylko jakieś 10 miesięcy a muszę przeskoczyć całe dwa poziomy... Ale dam radę. Bo czemu nie? Może i nie będzie łatwo, ale droga przez hiszpański też bywała drogą przez mękę. A widzę jak jest teraz.

Idę poszukać dobrego korepetytora.

środa, 22 maja 2013

Szukam optymizmu, chyba się gdzieś zapodział...

Biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, to co się dzieje w moim życiu, myślę sobie, że czas się kopnąć w cztery litery i postawić do pionu. Bo nie może być tak, że będę siedzieć i się martwić "co by było gdyby". Ostatnio za dużo myślę o tym czego nie mam zamiast o tym, co mam.

Dzisiaj dotarła do mnie wiadomość, że jedna z moich uczennic poroniła. Wiem, jak się cieszyła na drugą ciążę i jaka szczęśliwa siedziała u mnie i opowiadała o kolejnych wyprawkach, wózeczkach... właściwie to ona nakręciła u mnie myśl na drugie dziecko. A tu coś takiego... płakać się chce.

A ponieważ owa uczennica miała być dzisiaj na zajęciach i z tego też powodu nie przyjdzie, siedzę sobie sama na kanapie, Filip poszedł na plac zabaw a ja myślę... I chyba myślę ostatnio za dużo.

Idę wyprać sobie mózg bo głupieję.

poniedziałek, 20 maja 2013

Ogłoszenie

Biorąc pod uwagę, że mam ostatnio coraz mniej pracy (koniec roku, kończą się kursy do matury i egzaminów DELE), poszukuję nowych uczniów. Tak więc jeśli KTOKOLWIEK ma ochotę, albo zna kogoś, kto przygotowuje się do egzaminów, wyjazdów ERASMUS albo po prostu ma ochotę na przygodę z hiszpańskim, niech proszę da znać :)

mam 5 lat doświadczenia, studiuję filologię hiszpańską, mam masę referencji od uczniów.

Kursy jak najbardziej on-line, mam baaardzo dużo  materiałów, które mogę wysyłać mailem, dodatkowo posiłkując się konwersacją przez skype'a.

Cena zajęć to 30zł/h ale w przypadku zajęć przez internet cena idzie pod dyskusję. Obowiązują wszystkie poziomy.



Trochę biznesu w miejscu prywaty, ale mam nadzieję, że nie obrazicie się na mnie za to, desperacko szukam nowych ofert od uczniów :)

Pozdrawiam!

niedziela, 19 maja 2013

Prawdziwy facet

Analizując dzisiejsze wymagania wobec płci, zastanawiam się, czy nie chcemy za dużo od siebie nawzajem. Czy nasze pragnienia i żądania wobec faceta nie są zbyt wygórowane?

Czasem wkurzam się na Miśka. No tak, nie ma ludzi bez wad, każdy z nas je ma. Ale jak spojrzę na sytuację z dystansu, wymagam od niego cech, które z reguły są antagonistyczne. Jaki powinien więc być dzisiejszy facet? Według mnóstwa kobiet (podsycanych zapewne przez Cosmopolitan i inne bzdurne gazety) musi posiadać następujące cechy:

- Wysportowany (czyli musi interesować się sportem ale nie może ciągle oglądać sportu w telewizji)
- Wrażliwy na wszelkiego rodzaju sprawy (czyli powinien nas rozumieć i wspierać ale jak się rozklei jak baba to już niefajnie)
- Inteligentny (sarkazm nie jest mile widziany, choć jak mniemam jest zwyczajem osób o wyższym ilorazie IQ)
- Z zainteresowaniami (bo to podstawa, jednak nie może im poświęcać za dużo czasu bo kiedy czas dla nas, kobiet???)
- Stabilny finansowo (czyli z dobrą pracą, świetnie płatną, ale nie powinien zostawać po godzinach)
- Lubi dzieci (ale żeby tylko nie namawiał nas na nie, bo jesteśmy feministki i robimy teraz karierę *WTF?*)
- Nie szasta pieniędzmi (drogie prezenty mile widziane).
- Lubi seks (no bo jak nie? No ale nie może ciągle o nim myśleć, przecież to nienormalne).
- Ma nam ciągle mówić jakie jesteśmy ładne (i słuchać, że jesteśmy brzydkie i grube).
- Kiedy pojawi się dziecko ma przejąć część rodzicielskich obowiązków (bez wtykania nosa w sprawy wychowawcze, bo tylko matka się na tym zna).

Oczywiście te zarzuty nie są moimi do Miśka, o nie. Ja jestem aktualnie bardzo zadowolona, że człowiek z tak silnym charakterem dał mi się nieco zmanipulować, zostaje z dzieckiem w co drugi weekend (zjazdy), robi obiadki, pranie, sprząta mieszkanie i tak naprawdę robi WSZYSTKO to co, ja kiedy on jest w pracy.

Piszę tak ogólnie, bo słyszę ciągle, że faceci nie mają empatii, albo że jest zbyt pochłonięty swoimi sprawami (hello! Dla nich siłownia jak dla nas fryzjerka!), nie zauważył nowego swetra (który jest taki sam jak 10 poprzednich ale w innym odcieniu i ma guziczki czarne a nie brązowe) czy też zgadza się z nami na wszystko i nie ma swojego zdania (a co jak się nie zgodzi? Ciekawe, co? Kłótnia gotowa!). Wszelkie Cosmo, Joy i Glamour piszą swoje rady, że faceta trzeba wychować, że oni powinni być tacy jak my (przenieść się na Wenus czy jakoś tak) itd. A ja myślę sobie, że trzeba iść na kompromis. Ja mu dam coś, on mi da coś. Ja mu odpuszczę te piątki wieczorem przy piwie i Lidze Mistrzów albo sobotę z LOLem (myślę, że część wie o co chodzi) a on mi odpuści, że powiesiłam firanki w jego mieszkaniu kiedy był w pracy albo że codziennie dzwonię do przyjaciółki i mówię jej o wszystkich detalach z mojego życia prywatnego (z intymnym włącznie).

Nie jesteśmy tacy sami. Mamy inne potrzeby, zainteresowania, charaktery i cechy fizyczne. Czy równouprawnienie (którego nie pochwalam do końca, bo zrobiło się farsą) ma wpłynąć też na charaktery facetów? Czy NAPRAWDĘ chcemy mieć rozmemłanych facecików widzących odcień między kremowym a beżem i w wolnych chwilach siedzących z kolegą przy kawie? Myślę, że nie. Dlatego dajmy im spokój. Męskie jest fajne. Daje bezpieczeństwo. Sprawia, że czujemy się kobiece. Nawet jeśli męskie oznacza "nie opuszczam klapy" albo "skarpety na podłodze są super". Ile Ci zajmie opuszczenie tej klapy? Sekundę? Pół? A kłótnia z tego powodu?


Dzisiaj jestem wojownicza. Chyba dlatego, że mam jakieś zatrucie. Aktualnie mój mężczyzna siedzi na placu zabaw z Filipem. I zrobił mi obiad. A wcześniej siedział i grał na kompie. Trzy godziny. Różne są oblicza męskości. Ale ja nie wymagam. Rozumiem. Czy to dlatego, że parę lat razem uczy cierpliwości?

czwartek, 16 maja 2013

plany i ich realizacja.

Wczoraj odbyłam z Miśkiem poważną rozmowę. A dotyczyła ona następnego bąbla. I wiecie co? Zdałam sobie sprawę, że to nie brak chęci nas hamuje ale ten głupi kraj.

Jak tu mieć dzieci, jak porządne przedszkole to koszt 400zł miesięcznie za jedno dziecko? Vat na artykuły dziecięce to 23% a matki chcące rozwijać się zawodowo i tak nie zostaną przyjęte nigdy do pracy?

Ponieważ my rozważamy od paru lat emigrację (och tylko jeszcze rok, damy radę!) to zdajemy sobie sprawę z tego, że jak tam urodzę to nikt mi nie pomoże. Nie ma sióstr, nie ma rodziców. Koniec ze studiowaniem, o pracy mogę zapomnieć. I tak mogę zapomnieć o kolejnym dziecku.

Najgorsze jest to, że ja nie wiem tak naprawdę czego chcę. Czy mieć jeszcze jednego malucha i zaspokoić jedno swoje marzenie czy spełniać te, których jestem tak blisko - skończyć studia, zdobyć dyplom, zobaczyć w końcu wielki świat... Jako bardzo młoda mama zdaję sobie sprawę, że na dziecko zawsze jeszcze będzie czas. Ale ja nie chcę mając jedno odchowane znowu bawić się pieluchami i wózkami... lepiej iść za ciosem, wszystko za jednym razem, z resztą dwójka maluchów ma przeważnie świetny kontakt ze sobą i może tego zabraknąć jak różnica będzie duża.

Oczywiście nic nie postanowiliśmy, nasza rozmowa nie przyniosła rezultatów ale przygnębiła nas mocno. Zbyt wiele chcemy rzeczy na raz. Uciec stąd i powiększyć rodzinę.... ale tak się nie uda. Trzeba zrezygnować z jednej rzeczy, żeby mieć drugą. Tylko na czym nam tak naprawdę zależy?


A zmieniając temat, nie poszłam wczoraj do dentysty. Za dużo się naczytałam i poszłam dzisiaj do innego. I jestem bardziej zadowolona. Dentystka z cudownym podejściem do dzieci zrobiła nam lapisowanie za 30zł :) I Fifi nic prawie nie płakał. Ale to już osobny temat, może napiszę coś jutro o tym, dzisiaj jakoś głowa w chmurach...

Mój mały łobuz jakimś cudem nadal całkiem czysty.




wtorek, 14 maja 2013

Mycie zębów.

Oto nasz zestaw do mycia zębów.



Zapewne pierwsze pytanie, które się nasuwa to "po co Ci trzy szczoteczki?". No więc już odpowiadam: Gdyż Filip ma tylko dwie ręce. Trzeciej szczoteczki już mi raczej nie ukradnie, chociaż już próbował i pewnie w końcu mu się uda.

Niestety mały nienawidzi mycia zębów i chociaż staram się go przekonać, że to ważne, że ząbki będą boleć, że pani doktor mówiła, że ma brzydkie, to średnio to dociera do mojego dziecka. Tak więc dzisiaj spędziliśmy pół godziny pod drzwiami wyjściowymi, gdzie Filip wył wściekle,że chce iść na spacer, a ja na to, że najpierw umyjemy zęby. I wyglądało to mniej więcej tak:

Ja: Idziemy na spacer?
Fifi: Ta!
Ja: A umyjemy zęby?
Fifi: Nieeeee...
Ja: Idziemy na spacer jak umyjemy zęby.
Fifi: Nie! Nie! Nie! (tu następuje rzucenie jedną ze szczoteczek o ścianę/szafkę/podłogę).

Tak to trwa dobrych parę minut, aż się mały przełamie. Ale i tak nie jest zadowolony.
Jednym ze sposobów jest umieszczenie go w umywalce i pozwolenie na zabawę kranem. Ale już miał buty, więc ten pomysł odpadał. Ciężko by mi się ubierało po raz kolejny, zapewne albo ja albo on by się poddał.

Jest jeszcze jeden sposób - na dni słoneczne. Balkon. Pieski ("Jak robi piesek?" - "EHEHEHEHE" tu następuje wepchnięcie szczotki do gardła i kilka zamaszystych ruchów), rowery ("gdzie jest rower?" - "taaaaaam" efekt jak wyżej) i jeszcze moje sprytne "a gdzie masz języczek?" albo "a gdzie masz ząbki?". Na razie się na to nabiera, ale znając moje dziecko to jutro już się skapnie o co chodzi i będę musiała skakać po suficie i udawać słonia... ojjj oby nie.

Ale słabo to widzę.


Jutro wizyta u dentysty. 5 zębów do leczenia. I idę tam sama z Fifim. Już się boję.

AAAACH I ZAPRASZAM JESZCZE RAZ NA MOJEGO BLOGA FOTOGRAFICZNEGO

niedziela, 12 maja 2013

Pan Zaborczy.

Po wczorajszej wizycie w IKEA została nam do złożenia regał. Książki, których mamy w ilościach ogromnych, nie mieszczą już nam się na półkach, poza tym potrzebowaliśmy jakiegoś dobrego miejsca dla skanera, przy którym spędzam dużo czasu. Skanując materiały schylam się i garbię a ponieważ mam uczniów korespondencyjnych spędzam tak nawet godzinę dziennie! Moje plecy wołają o pomstę do nieba. Tak więc zakupiliśmy trzecią z kolei taką samą szafkę.

Szafkę oczywiście trzeba było skręcić. Ale Filip chce to robić SAM. Nie pozwoli nic przenieść, dotknąć. Masz imbus? Musisz go oddać. Masz śrubokręt? Tym bardziej. Imbus do śrubokręta pasuje jak ulał. Dodatkowo jeszcze są drewniane kołeczki i "bam bam" czyli drewniany młoteczek Filipa. Na szczęście śruby udało nam się jakoś ukryć.

No i po kolei. Najpierw Fifi na szafkę nasikał. Nie pozwolił sobie ubrać pieluchy (stosuję metodę: jak będzie chciał to na niej usiądzie i da znać, że mogę założyć - to działa!) więc chodził goły między niezłożonymi półkami i czekał coby tutaj zbroić. Następnie wziął "bam bam" i zaczął szafkę opukiwać. Okej, już wiemy która część będzie stała od ściany. Kiedy szafka stanęła sobie spokojnie na swoim wyznaczonym miejscu, Filip zaczął przenosić książki. Moja hiszpańskojęzyczna literatura (dość droga, bo około 70-80zł za książkę a część przywieziona z zagranicy) została zbezczeszczona totalnie. Oczywiście każda książka na innej półce. Co z tego, ze García Marquez ma być obok siebie. Filip wziął książki, porozrzucał, trochę wygniótł (o zgrozo!)... ale odłożył na miejsce. Czyli ostatecznie tak miało być skoro mały Pan-i-Władca tak sobie zażyczył... Oczywiście spokojne "Fifi, to mamusi, to ważne, tego nie wolno, mamie będzie przykro" mogę sobie rzucać jak w przestrzeń. Moje dziecko ma własne zasady. I marzę o tym, żeby nauczył się szacunku do książek ale na razie zupełnie mi to nie wychodzi.

Chyba następnym razem kupię półki podwieszane pod sufitem ;)




-> zapraszam! <-

sobota, 11 maja 2013

wycieczka do zoo

Dzisiaj był wyjątkowo męczący dzień. Po niewielkich zakupach w IKEA (nowy regał na książki, które przestały nam się mieścić na trzech pozostałych) i spacerze po okolicy wybraliśmy się z rodzinną wizytą do naszego ZOO w Oliwie.

Filip, który ostatnio był tam we wrześniu i nie wykazywał wielkiego zainteresowania wielkimi kamieniami, które się ruszają, dzisiaj był bardzo zadowolony. Jednak rzeczą, która zaintrygowała go najbardziej nie był słoń (tu tu) ani żyrafa. Podobały mu się też papugi, ale nie one były gwoździem programu. Najciekawsze były... kamienie. Ostatnimi czasy Fifi zbiera po kamyku i robi "plum" wszędzie, gdzie jest woda. Tak więc spędziliśmy dużo czasu przy fokach, gdzie można było owe "plum" wykonać. Z innych miejsc też zbierał kamienie, mamy więc małe stadko zarówno w samochodzie jak i w mieszkaniu.

Teraz szop jest na spacerze z ciocią i już widziałam przez okno, jak zbiera kamienie spod balkonów w naszym bloku. Na razie jest śmiesznie, gorzej, jak trzeba mu je zabrać. Dzisiaj się nawet z nimi kąpał a w czwartek próbował dodać do obiadu... Mam szczerą nadzieję, że mu przejdzie za jakiś czas tak jak przeszło z odkurzaczem, wiertarką i masą innych zabaw. Z drugiej strony boję się, co będzie następne...


Czy ktoś mi może powiedzieć jak robi żyrafa...?


 Tam gdzie ludzie tam wesoło. Co z tego, że jest tam tylko wielki tapir, którego nie widzę, bo jestem za niski.


 Zrobię plum hipciom!


w papugarni jeszcze było ciekawie :)





piątek, 10 maja 2013

Nowości nowości!

Jako, że ostatnimi czasy zajmuję się baaaardzo dużo fotografią, a blogowanie zaczęło sprawiać mi wiele przyjemności, postanowiłam założyć drugiego bloga z samymi zdjęciami. Tak więc nie ma żadnych tekstów, personalnych pierdółek itp., są jedynie zdjęcia.

Od razu zaznaczam też, że w moim profilu przestanie widnieć link do mojego prywatnego bloga. Między innymi dlatego też w każdym komentarzu będę zamieszczać do niego adres! Do mojego bloga fotograficznego zapewne trafi wiele moich znajomych, z którymi nie chcę dzielić się tym, co się u mnie w życiu dzieje (mam na myśli cały proletariat z facebooka). Bloga prywatnego chcę zachować anonimowego dlatego też nie będzie on dłużej widoczny w moim profilu.

Oczywiście na blogach też będzie istniała selekcja zdjęć, zdjęcia osobiste będą tutaj a tam, te które spodobają mi się najbardziej. Możliwe, że czasem będą się dublować ale postaram się tego uniknąć, żeby Was nie zmęczyć.

Zapraszam oficjalnie na stronę FOTOGRAFIA NATALII i mam nadzieję, że Wam się spodoba.

czwartek, 9 maja 2013

z kawą przy molo

Jestem geniuszem. Gorąco, parno a ja w dżinsach, adidasach i bluzce z długim rękawem. To się nazywa samobójstwo, ewentualnie masochizm. Ale oczywiście ciężko było przewidzieć taką temperaturę wychodząc  z domu... ;)

Z gorszych wiadomości byłam dzisiaj z Filipem u dentysty i nie jest dobrze. Próchnica objęła już 5 zębów i będzie trzeba borować. Mój mały Fifi, zaledwie 19 miesięcy a już musi mieć naprawiane zęby. Oczywiście to moja wina, brak konsekwencji w odzwyczajaniu Filipka od butli zaowocował zepsutymi mleczakami. Za tydzień w środę idziemy na kolejną wizytę, Filip dostanie głupiego jasia i specjalne znieczulenie i mam nadzieję po godzinnej wizycie będzie po wszystkim. Oczywiście się martwię, jak to matka ma w zwyczaju... 

A teraz siedzę tuż przy molo, w restauracji gruba rybka i czekam aż podejdzie kelnerka żebym mogła zamówić latte macchiato. Oczywiście mimo tego przeraźliwego skwaru nie mam zamiaru pozbywać się dziennej dawki kofeiny, jestem uzależniona nie tylko od kawy ale też od picia jej na mieście. Powinnam stworzyć portal oceniający kawiarnie. Ta raczej nie zdobędzie mojego uznania, siedzę tu już 15 minut i dopiero przyszła kelnerka przepraszając że nikt nie podszedł. Wybaczam. Jest lato a ja mogę patrzeć na morze, odpoczywać, cieszyć się leniwym tygodniem. Za tydzień wysyp maturzystów, matura ustna z hiszpańskiego 20 maja a tydzień później pisemna... no i kończą się zlecenia. Ale nie mam z tego powodu traumy, taka kolej rzeczy. Zobaczymy co będzie potem. Ja się cieszę, że to uczennice które doprowadziłam w 100% do końca. :)





środa, 8 maja 2013

How to become a superwoman.

Mój ostatni optymizm trochę mnie nakręcił. Nie wiem jak to jest, ale każdy uśmiech, każde dobre słowo, każdy gest to motywacja do dalszego działania. Ostatnio dostaję sporo dobroci od innych ludzi i myślę sobie, że trzeba tę dobroć sprzedawać dalej. Mówię "sprzedawać" bo wierzę, że dobro wraca. Dostajemy w zamian coś, nie koniecznie od tej samej osoby, co nazywa się karmą. I karma wraca.

Czasami mam ochotę zostać perfekcjonistką. Nie wiem czy to w ogóle możliwe. Jestem dość leniwa i bałaganię. Właśnie teraz mam w salonie dwa wieszaki na pranie (zdjęte z balkonu, nie chciało mi się ich zanieść do łazienki) i cały dywan w zabawkach Filipa. Oczywiście Filip zasnął ponad godzinę temu, a mnie nie chce się zwlec tyłka z kanapy bo lecą seriale na Comedy Central a plotki z Facebooka są nader interesujące.

Ale mimo wszystko chciałabym NIE BYĆ leniem. Zmywać naczynia zaraz po gotowaniu, wyładowywać pralkę tego samego dnia i odkładać rzeczy na miejsce. Ale nie umiem. Miśka doprowadza to do szału (to jest prawdziwy perfekcjonista) ale mnie się NIE CHCE tego zmienić. Wiecie, to wymaga jakiegoś wysiłku.

Ciężko być perfekcyjnym. Gotować codziennie i tylko zdrowe jedzenie, bez soli, bez glutaminianów, bez mrożonek, bez pierogów z Biedronki (to akurat mój największy nałóg). Nakładać codziennie makijaż żeby wyglądać jak człowiek. Uczyć się trochę wcześniej niż w piątek wieczorem tuż przed zjazdem...

Jedyne, co uwielbiam to zabawa z moim dzieckiem.Nie ma niczego, co sprawia mi tyle satysfakcji. Jeszcze jest praca, którą uwielbiam, ale to nie to samo. Nie wiem jak to jest, ale do bycia mamą nie trzeba być perfekcjonistką, żeby robić to na 100%. Mogę mieć bałagan w domu i na głowie, chodzić cały dzień w piżamie i zjeść śniadanie o 14 ale moje dziecko ma to, czego trzeba. I nie sprawia mi to wysiłku.

Magia? Może tak. To są właśnie moje SUPERMOCE ;)

Jest okej.

Nie miałam pojęcia, że tak kocham wiosnę, dopóki się naprawdę nie pojawiła. Jeszcze tydzień temu łyse drzewa a dzisiaj różowo i biało za oknami. Kocham ten widok!


To właśnie moja wiosna za oknem:




Pierwszy raz od długieeeego czasu, mogę powiedzieć, że u mnie okej. Że nie ma na co zrzędzić. Że wszystko się układa. Jestem szczęśliwa tu i teraz i nie muszę wybiegać w przód (przynajmniej nie jakoś bardzo ;)) i nie muszę się dowartościowywać. Czy to zasługa Miśka? Chyba nie, on zawsze jest taki sam - uczciwy do bólu, trochę zrzędzi jak zawsze, ale bez przesady. To mój stary Misiek, taki jak zawsze. Filip za to rozbraja mnie do granic niemożliwości, jest prześmieszny i przekochany. Przytula się, daje buziaki, biega, sprząta (ostatnio mył balkon)...

Tak więc pozbyłam się zimowego pesymizmu wraz z początkiem wiosny.

Jest okej. Jest dobrze. W końcu!

sobota, 4 maja 2013

Melduję się z Pasymia

Pasym, czyli największa dziura w Warmińsko-Mazurskiem, parę lat temu, czyli w momencie kiedy poznałam Miśka, stał się moim ulubionym miejscem po tej stronie globu. A ponieważ nigdy po "innej" stronie nie byłam, mogę szczerze powiedzieć, że Pasym jest moim ulubionym miejscem tak w ogólności.

Mały domek, do którego prąd i bieżąca woda zostały doprowadzone stosunkowo niedawno, jest w rodzinie Miśka od pokoleń i Filip jest już czwartym z kolei, które korzysta z dobrodziejstw tego miejsca.   Co można sprawdzić na najzwyklejszej mapie, jest tu jezioro okalające półwysep a w środku półwyspu, a właściwie na jego samym czubku jest jeszcze jedno jezioro - Mała Kalwa. I tutaj właśnie, 15 metrów od niego, siedzę sobie ja, pisząc na blogu.

Filip to miejsce pokochał. Bo ciężko tego nie zrobić od pierwszego wejrzenia. Choć rok temu nie doceniał skoszonej trawy, pomostu nad jeziorem, stawu z żabami, tak teraz biega wszędzie i trzeba pilnować, coby do tego stawu nie wleciał. Co niemalże się zdarzyło i to dwukrotnie.

Na pogodę nie narzekam, jest pięknie.  Dzisiaj ciepło, gorąco, mały śpi w samej bluzce w wózeczku wystawionym do ogrodu. No właśnie - śpi. Czyli nie trzeba za nim latać, nie trzeba chodzić wrzucać kamyków do jeziora czy stawu (tak zwane "prrrum!" jakby się kto pytał), można na chwilę usiąść i zająć się ewolucją kina hiszpańskiego po zakończeniu dyktatury Franco czy innymi bezsensownymi tematami, albo porąbać drewno na opał, wyczyścić staw, skosić trawę żeby była idealna albo po prostu uwalić się na słońcu lub na tarasie, co ja właśnie robię.

Trochę zdjęć wrzucam, żeby Wam ślinka z zazdrości poleciała. Przykro mi, ale nie umiem inaczej ;)