czwartek, 11 kwietnia 2013

Wyjechać czy zostać?

Już od dawna myślimy z Miśkiem o emigracji. Nawet zanim Filipek przyszedł na świat ta myśl zawsze gdzieś była. Potem zaczęliśmy to odwlekać ze względu na małego. A kto nam tam pomoże, kto przypilnuje Filipa... Pytań cała masa odpowiedź jedna - nikt.

Wiadomo, wyjechać z dzieckiem jest ciężko. O wiele ciężej niż rodzić już tam, w miejscu docelowym. Bo najczęściej takie osoby mają już życie ułożone, pracę, wiedzą co nieco o systemie szkolnictwa i służbie zdrowia. A ja muszę poznać wszystko stąd - na odległość, zanim pojadę.

No i kolejna rzecz - praca. Kto przyjmie mnie - nauczycielkę hiszpańskiego bez dużego doświadczenia (uczę tylko prywatnie, nigdy nie uczyłam w szkole językowej)? W Londynie, a tylko Londyn bierzemy pod uwagę (o tym może kiedy indziej) jest tylu imigrantów, tyle native speakerów + Anglików po studiach w UK, że może już nie być dla mnie miejsca. Mam pójść do MacDonalda? Cofnąć się do czasów ogólniaka, kiedy dorabiałam w korporacji za najniższą krajową? Nie po to idę na studia, żeby potem ledwo wiązać koniec z końcem. Tu nie o to chodzi...

No i ostatnia wątpliwość: co z rodziną, przyjaciółmi, starymi przyzwyczajeniami, czasem dla siebie... tam będzie gorzej. Mama nie przytuli jak będzie źle, siostra nie wpadnie z garnkiem rosołu na przeziębienie. Nie mam za to problemu z opuszczeniem miejsca, gdzie mieszkam całe życie. Lubię Gdańsk, ale bardziej "czuję sentyment" niż nie mogę bez niego żyć.

Wątpliwości jest mnóstwo. I zawsze pojawia się pytanie: spróbować, czy nie? Pomimo tych wszystkich wad, minusów wyjazdu coś mnie tam ciągnie. Chęć przygody? Możliwość rzucenia się na głęboką wodę? Chęć poczucia się obywatelem świata? Pewnie wszystko na raz. I boję się, boję, ale pewnie niedługo się zdecydujemy. I spakuję do trzech walizek najważniejszy dobytek jaki posiadamy i wyruszę w znane-nieznane. Aż mnie ciarki przechodzą. Nie ze strachu - z podekscytowania.

*** 
Ach i zapomniałabym! Filip skończył 1,5 roku dzisiaj o 11.40. Tyle powiem, że mleczak akurat wtedy zasnął. I śpi do teraz. Dobranoc ;)

2 komentarze:

  1. Ja nie wyobrażam sobie życia poza Polską, póki co. Dużo jeszcze przede mną. Moje rodzeństwo żyje na emigracji i chociaż bardzo za sobą tęsknimy, to widzę, że mają tam lepsze warunki.

    OdpowiedzUsuń
  2. ja "wyemigrowałam" do Paryża dość... nagle i niespodziewanie, nie znając kompletnie języka. finał jest taki, że po półtora roku latam na zaoczne studia do Polski raz na kilka tygodni a tutaj pracuje. dość szalone życie, ale jakoś idzie :) racja, ja nie mam dziecka, ale gdybym miała, to uważałabym, że życie za granicą to dla małego wielka szansa: będzie się od młodości uczył angielskiego, Ty mu jeszcze wpoisz hiszpański i od najmłodszych latach będzie "3lingue" ;)
    ja latam często do Polski, więc widuję się ze znajomymi, ale podczas pierwszego roku odwiedzłam kraj tylko raz na 3 miesiące, strasznie tęsniłam za przyjaciółmi i dziadkami, ale jakoś daliśmy radę.

    tak, metro w Paryżu skutecznie odstrasza matki z dziećmi i starszych ludzi.

    dziękuję za odwiedziny, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń