niedziela, 14 kwietnia 2013

O wiośnie, kwiatku w bucie i innych...

Nie wiem jak jest w reszcie zakątków świata ale u nas już całkiem niczego sobie. Wczoraj rano piękna pogoda, przeszliśmy z Filipem na zakupy i z powrotem bez wózka. Dzisiaj wyczyn powtórzony - z tym, że butki nowe więc mniej wygodnie, nóżka nie przyzwyczajona, mały się potyka i źle mu się chodzi. Ale dał radę!

Dziś pochmurno, pogoda trochę się popsuła (wczoraj też nieźle lało ale na szczęście byliśmy wtedy w samochodzie) ale kurtki i buty zimowe schowałam w końcu do szafy, a jutro jak czas pozwoli, schowam je do piwnicy i zapomnę na ładnych parę miesięcy. Deszcz zmył też z powierzchni ziemi wszystkie resztki śniegu. Ilość zasp widzianych z okna mojego mieszkania to dokładne ZERO. O jak cudownie!

Wczoraj też przeżyliśmy dość ciekawą historię, która do teraz śmieszy mnie strasznie i zaskakuje - jak to możliwe, że nie zauważyliśmy tego wcześniej? Ale po kolei. Wczoraj prowadziłam zajęcia od 14 do 15. Misiek spieszył się, żeby Filipka zabrać na spacer do dziadków, a ja spieszyłam się, żeby ogarnąć mieszkanie przed przyjściem uczennicy więc jak nie wychodziło mi zakładanie bucików (jeszcze zimowych, wysokich) zostawiłam to Miśkowi. A on wepchnął na siłę, bo się nie dało inaczej i wyleciał z szopem z domu.

Mały spał 1,5 godziny. Ja skończyłam zajęcia, pojechaliśmy do Outletu który znajduje się na obrzeżach miasta, jakieś 20km od domu. Obwodnicą 20 minut. Filip obudził się w środku trasy i zaczął strasznie płakać. Przeraźliwie, jakby go coś bolało. A prężył się niesamowicie. Stanęliśmy na poboczu, wyjęliśmy, pochodziliśmy trochę. Pierwsza myśl - ząbki, jak zawsze. No i pojechaliśmy do sklepu. A tam mały na nogi (jakoś dzisiaj wolał na rączki, nie chciał) i coś utyka. I co pomyślałam - nie założony do końca bucik. Zdejmuję, zakładam, jakoś dziwnie jest dalej nie wchodzi ale mały płacze... myślę sobie - za małe już, nowe trzeba kupić. No i nawet jakaś babeczka mówi do nas - on ma buta nie założonego. I Misiek zdejmuje, zagląda... a tam duży, kanciasty, żółty kwiatek z duplo. Zamarłam. Misiek też. Moja teściowa wybuchła takim śmiechem, że dławiła się przez 15 minut. Biedny Fifi, chodził z tym kwiatkiem dzielnie, utykając jak dziecko z porażeniem mózgowym... Dzisiaj z radością wyrzuciłam te buty w głąb piwnicy.


Wiosenny spacer


 I jeszcze rodzinnie z samego rana - to się rzadko zdarza, przeważnie Filip zrzuca nas z łóżek i prowadzi do łazienki bo chce się kąpać ;)







1 komentarz:

  1. hahah :D ach, te dzieciaki. ja ciągle wyrastałam z ciuchów, normalka... to musi być upierdliwe dla rodziców, ale przyznam, nigdy nie miałam duplo w bucie :D
    wreszcie wiosna!

    OdpowiedzUsuń