wtorek, 30 kwietnia 2013

Jedziemy na wakacje!

Już spakowana, Filip też, zabawki, misie-króliki, brum-brumy, klocki duplo i inne duperele pochowane do siatek i walizek. Dodatkowo tablet z książkami w PDFie, planszówki i freezbee do pomachania w ogrodzie.

Nie wiem tylko jak to wszystko zniosę z trzeciego piętra SAMA i to z dzieckiem na rękach.Walizka, plecak, dwie siatki...Ale dzielna mama radzi sobie zawsze ze wszystkim ;)

Nawet jeśli będę miała internet nie sądzę, żebym odezwała się przez niedzielą - wolne chwile muszę poświęcić opowiadaniom Julio Cortazara czyli mojej pracy licencjackiej.

Dzisiaj czekała mnie przykra niespodzianka (kolejna w tym miesiącu) czyli znowu jeden z uczniów a konkretnie uczennica nie przyszła na moje zajęcia bez wcześniejszego uprzedzenia. I chociaż jest maturzystką i bardzo ją lubię, to odznaczę sobie to wydarzenie grubą czerwoną kreską i więcej się na takie spotkania nie zgodzę. Ja nie oczekuję cudów od moich uczniów ale wymagam jakiegoś podstawowego szacunku.

Ale dzisiaj już mnie to tak nie zmartwiło, po prostu olałam fakt, może dlatego, że czeka na mnie za parę godzin domek 15 metrów od pięknego jeziora? Dziki las (masa komarów), półwysep, pomost na którym mam zamiar godzinami leżeć i czytać książki... Nie mogę się doczekać!

Do zobaczenia po powrocie z całą masą cudownych zdjęć!

A tutaj mój mały bąk na sobotniej imprezie!


niedziela, 28 kwietnia 2013

I po imprezie.

Jestem niesamowicie zmęczona dzisiejszym dniem. Wczoraj moja mama miała swoje 5 minut w postaci imprezy urodzinowej. Przyjechało jej rodzeństwo z różnych zakątków świata, byli moi teściowie i teściowa mojej siostry no i my: dzieciaki i ich rodziny.

Wszystko zaczęło się o 19 a skończyło... część mojej wesołej rodzinki skończyła o 3 nad ranem, my zmyliśmy się o 23:30, jako że Filipek był już baaaardzo zmęczony. A i tak zniósł to wszystko dzielnie, tyle nieznanych wujków i cioć, mnóstwo nieznajomych, a on dopiero przed północą zaczął się potykać o własne nogi i trochę zrzędzić.

Niestety wczoraj mój teść naderwał sobie coś w plecach a ponieważ miał w planach dzisiaj jechać na działkę aż za Olsztyn i ogarnąć wszystko, wziął sobie Miśka do pomocy. Tak więc do wtorku wieczorem jesteśmy sami z Fifim, pod wieczór razem z teściową dołączamy do nich.

Ja, coby się nie nudzić zabrałam Filipa do mojej mamy i siedziałam z tą moją liczną rodziną aż Filip znowu nie zaczął zrzędzić (tym razem nieco wcześniej niż wczoraj) i wróciliśmy do domu. Co dobrego z tej sytuacji? Misiek zostawił mi samochód w Gdańsku i najeździłam się za wszystkie czasy.

Zdjęć mam z wczoraj całą masę ale po pierwsze piszę na tablecie gdzie nie mam portu na karty pamięci a poza tym nie ma tam ani jednego mojego zdjęcia bo wszystkie robiłam ja ;)

Mały się słania i ledwo żyje, a ja odpoczywam po intensywnej wizycie i myślę, że imprezy rodzinne są fajne, ale mojej rodziny na dłużej niż jeden wieczór na głowie bym nie chciała :P

piątek, 26 kwietnia 2013

Trochę zdjęć...

Ostatnio niewiele się dzieje, tak więc wrzucam trochę zdjęć. Mało jest tak wdzięcznych tematów jak dziecko, no i otaczający go świat. Dzisiaj więc to, co wydarzyło się u w życiu Filipka w ostatnich dniach.

Trzeba zarażać dobrymi nawykami od małego - South Park każdego wieczora to podstawa :D Oczywiście Filip nie jest zainteresowany tą bajką (może to i dobrze) ale uwielbia pluszowego Stana, którego Misiek dostał kiedyś w prezencie.


Pojawiło się nowe słowo "Pam" czyli Pani Karotka wg Filipa :)



"Urodzinowe" zdjęcie mojej mamy. Zrobione wczoraj, a otrzyma je oprawione jutro od Filipka na wielkiej "fieście" urodzinowej :) Muszę powiedzieć, że od lat moja mama nie miała tak ładnego zdjęcia.




wtorek, 23 kwietnia 2013

Wiosenne zabawy

Odkryłam dzisiaj, że nasi sąsiedzi mają wyjątkowo czysty balkon. Ale Filip już poradził coś na to - wszystkie liście z naszego balkonu (sprzątanego ostatnio latem, jak mniemam) przerzucił na ich stronę! I jaki dumny był z siebie, że udało mu się posprzątać u siebie ;)

Do tego na placu zabaw pod domem znalazł najlepszą zabawę na świecie: wrzucał wszystkie małe kamyczki jakie znalazł na swojej drodze do studzienki kanalizacyjnej i nasłuchiwał jakie robią "plum". Na pół godziny mogłam zapomnieć, że mam dziecko. Misiek śmiał się, że kamyków jest tyle, że pewnie jak wyjdziemy i przyjdziemy jutro, nawet nie zauważy.

Zdałam dzisiaj sobie sprawę, że kompletnie nie umiem zarządzać domowym budżetem. I chociaż jest dopiero 23 to mam już resztki pieniędzy a wypłata za 5 dni... z naszymi funduszami nie wiem jak to jest możliwe. Chociaż wiem - kawa, mój przeraźliwie drogi angielski (50zł/h!!!), to, co płacę mojej pazernej siostrze i uczniowie,którzy wiecznie odwołują zajęcia.

Ach, i mam nowy komputer! Może w końcu przestanę się wkurzać robiąc COKOLWIEK do pracy. Wyłączający się internet co 15 sekund doprowadzał mnie do szału...

A tutaj mały szop w wanience :) Dzisiaj był dzień uśmiechu, taki, który pozwala cieszyć się z powodu bycia mamą. Dla takich dni warto żyć... :)


poniedziałek, 22 kwietnia 2013

nie rozważna i romantyczna.

Miała być długa notka o tym, jak to Misiek, mój książę z bajki i samiec alfa w jednym nie potrafi za bardzo obchodzić się z własną kobietą i nie lubi kompromisów.

Ale nie chcę na niego narzekać. Przecież drugiego takiego nie znajdę i nie chcę szukać.

Mam ochotę stąd uciec. Jak najdalej. Odpocząć. Nie myśleć. Może kiedyś moje marzenia się spełnią. Może będę w stanie powiedzieć, że wszystko jest tak, jak zaplanowałam. Ale ja nie umiem żyć chwilą. Ja tylko planuję. I jak się spełnia, to planuję dalej. Nie zachwycam się teraźniejszością tylko wzdycham w jedną, bądź drugą stronę. I tak było od zawsze. Przystawania na chwilę, na moment rozmyślania nad wszystkim nauczył mnie Filipek. Bo przecież to takie ulotne, tak szybko ucieka... Jednak jeśli chodzi o inne życie, czy też osobiste, zawodowe czy jakiekolwiek inne to nie potrafię się skłonić do refleksji, usiąść i powiedzieć: "Jestem szczęśliwa tu i teraz". Bo tyle jest celów, do których trzeba dążyć...


Na koniec jedna z ulubionych ostatnimi dniami piosenek. Oddaje mój nastrój. Może komuś też wpadnie w ucho.


niedziela, 21 kwietnia 2013

Goodbye weekend, hello monday!

Mam już dość weekendu. Może dlatego, że zamiast wypoczywać leniwie z książką czy laptopem siedzę po 10 godzin na uczelni? Zapewne. Dzisiaj mam już na tyle wyprany mózg, że szukanie nowego netbooka. staje się męczarnią. Pamięć ram, procesory, wejścia HDMI i systemy operacyjne...nawet dla kobiety informatyka to już stanowczo za dużo. Oczywiście Misiek obiecał pomóc ale ponieważ jest w trakcie przechodzenia Skyrima będzie to znikoma pomoc. Na propozycję kupienia różowego, aluminiowego ultrabooka Asusa wybuchnął śmiechem. A ja nie wiem co w tym śmiesznego, sam ma podobnego (no nie różowego, bez przesady), droższego niż mój aparat z obiektywami razem wzięty. Ale nieeee, netbook mi wystarczy i najlepiej, żeby nie kosztował więcej niż 1000zł (skąpiradełko małe ;)).

Weekend sprawia, że nie widzę w ogóle Filipka... brakuje mi jego roześmianej mordki i żadne mmsy nie poprawiają humory na dłużej niż 5 minut. Studiuję, żeby odetchnąć jak próbuję oddychać to tęsknię. I to się chyba na razie nie zmieni...

Ach, i obejrzałam "Nietykalnych" ;) Mało jest tak wzruszających filmów... chyba obejrzę jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze... :) Do tego muzyka powalająca. Partie na pianinie to eargasm :) Kto nie widział (a dowiedziałam się, że jest naprawdę mało takich ludzi) niech wie, co traci! Nic więcej nie powiem, ale kopię w tyłek do kiosku, póki film jest po taniości!

piątek, 19 kwietnia 2013

Minimalizm.

Wpadł mi w ręce dzisiaj Twój Styl (tak tak, Nietykalni na DVD za niecałe 12zł!) i przeczytałam tekst o kobietach, które wywalają z domu zbędne rzeczy. Po prostu mają w domu mało przedmiotów. Książki tylko te, które lubią, ciuchy te, które noszą, dwie pary butów itd. Zainspirowało mnie nieco.

Oczywiście nie zamierzam od razu pozbywać się butów. Torebek - owszem. Mam ich siedem, noszę dwie, czasem trzy. Ale posprzątałam 5-kilogramową stertę makulatury, która gromadziła się w różnych miejscach domu przez ostatnie tygodnie. Muszę przyznać, że Misiek odetchnął z ulgą.

Pozbyłam się też bałaganu na parapecie kuchennym. I tego, co było za książkami na regale (jeszcze więcej makulatury, gdyż czego nie widać...). Padam więc na twarz i nie zamierzam sprzątać do poniedziałku ;) I raz dotrzymam słowa, bo jestem w ten weekend na uczelni i nie mam zamiaru zajmować się tak przyziemnymi sprawami jak obiad czy zmywanie naczyń (Misiek przejmuje pałeczkę).


Znowu sobie wzięłam godzinę zajęć. Ojj mam nieco dość pracy. Na co mi to? Czy naprawdę chcę się aż tak zamęczać? Nie mam odpowiedzi na to pytanie. Uwielbiam swoją pracę, męczy mnie, katuje mnie, sprawia, że nie mam czasu na picie herbaty ale żyć bez niej nie mogę. Uschłabym jak kwiatek. I nie chodzi tu o robienie kariery a raczej o potrzebę jakiejś tam samorealizacji. Ciężkie jest życie zbyt ambitnego człowieka.

środa, 17 kwietnia 2013

Przerwa na reklamę.

Zacznę od tego, że nie znoszę reklam. Zawsze wydaje mi się (czy na pewno tylko wydaje?), że twórca owego spotu chce ze mnie uczynić debila. No cóż, domyślam się więc jaka jest jego grupa docelowa. Podobno do głupiego społeczeństwa tworzy się głupie reklamy... tak mawia Misiek.

Jednak ostatnio dwie reklamy przykuły moją uwagę. Przede wszystkim Prudential i spot z "wiecznym dzieckiem". Nie wiem, czy dociera do mnie dlatego, że jestem zatroskanym rodzicem, zapewne tak. Pokazałam ją Miśkowi i do niego tak samo trafia. Target reached

Druga reklama to scenka rodem z bajki dla dzieci czyli Tablica.pl. Wcześniejsze spoty nie przykuwały uwagi ale ten... ubawił mnie do łez. Oba wklejam:

Prudential "Grown up"



Tablica.pl - "Jak sprzedać obraz"


wtorek, 16 kwietnia 2013

Nigdy nie zostawaj korepetytorem.

No siema, miałam mieć zajęcia a nie mam. Mój nowy uczeń OLAŁ MNIE i nie przyszedł. Czasem nienawidzę tej roboty, zwłaszcza, jak w piątek się na coś umawiam a we wtorek dziwnym trafem jest już nieaktualne. Nie lubię jak ktoś dzwoni z rana albo pisze smsa i mówi, że nie będzie go dzisiaj... Ale żeby nie przyjść? Tak bez słowa? Trzeba mieć tupet. Zwłaszcza, że zawsze kogoś fatyguję do Szopa... Jestem wściekła.

Mam ochotę tupnąć nogą i obrazić się na ten niewdzięczny zawód. Oczywiście kasa już w myślach wydana, no wiecie jak to jest. Każde 30zł za godzinę... Czyli szukam dalej jakiegoś lojalnego ucznia, który pozwoli zarobić mi na obiektyw makro do mojego canona. Zapewne zamiast na sierpień będę go miała na listopad. Na co komu obiektyw makro w listopadzie? Mam robić zbliżenia kałużom?

Tak więc ogłaszam się: 30zł za godzinę zegarową, na Gdańskim Przymorzu albo też przez skype'a dla zamiejscowych, wszystkie materiały na miejscu, pełne dopasowanie się do ucznia i niewyczerpane zasoby cierpliwości (nie dotyczy braku punktualności - tu nie ma kompromisów ;)). Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie... no wiecie ;)





poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Po prostu poniedziałek.

Wczoraj byłam na plaży przez 2 godziny. Dzisiaj w parku przez kolejne dwie. Jak miałam zajęcia moja siostra wyciągnęła Filipka na plac zabaw na dwie... i tak mały spędza na świeżym powietrzu ostatnie dni. Czas mu zrekompensować długą, nudną zimę.

Ja dzisiaj miałam zajęcia i wyjątkowo sprawnie mi poszły. Chyba ośmieliłam w końcu moją uczennicę do wypowiadania się. Dobre ćwiczenia to podstawa - wymyślałam już takie głupie rzeczy, że głowa pęka ;)

Teraz odpoczywam - usypiałam małego przez godzinę i myślałam, że nie dam rady. Nie potrafię przez 60minut siedzieć i nie kręcić głową - to go rozprasza niesamowicie i wstaje się bawić. Ale następnym razem będę mądrzejsza i od razu będę go kładła w sypialni a nie na kanapie, wtedy się tak nie rozbudza.

Misiek wróci dopiero za godzinę. Wyszedł rano o 8.00 i do 19.00 siedział w pracy przez jakieś głupie meetingi. Teraz jest na treningu i kończy za godzinę ale to 20km od domu...

Jutro przyjmuję nowego ucznia. Teściowa mnie wykiwała i powiedziała, że nie ma czasu zająć się Filipem... wkurza mnie to, bo muszę poprosić siostrę a ona chce, żeby sobie płacić bo jest bez pracy i nie ma pieniędzy. A ja potrzebuję opiekunki i nie trafi mi się druga taka tanim kosztem. Z tym, że już jej daję 50zł w tygodniu za dwa dni a w tym tygodniu potrzebuję tych dni 4 bo mam trochę więcej zajęć, uczniowie mi poprzekładali i nie mogę nic z tym zrobić, nie miałam prawie nic w zeszłym tygodniu...

Nudny ten mój dzień dzisiejszy. Tylko Filip zadowolony. No ale to mi zdecydowanie wystarczy.

A tak wygląda wiosna!!!






A tak mały szop na środku plaży ;)





niedziela, 14 kwietnia 2013

O wiośnie, kwiatku w bucie i innych...

Nie wiem jak jest w reszcie zakątków świata ale u nas już całkiem niczego sobie. Wczoraj rano piękna pogoda, przeszliśmy z Filipem na zakupy i z powrotem bez wózka. Dzisiaj wyczyn powtórzony - z tym, że butki nowe więc mniej wygodnie, nóżka nie przyzwyczajona, mały się potyka i źle mu się chodzi. Ale dał radę!

Dziś pochmurno, pogoda trochę się popsuła (wczoraj też nieźle lało ale na szczęście byliśmy wtedy w samochodzie) ale kurtki i buty zimowe schowałam w końcu do szafy, a jutro jak czas pozwoli, schowam je do piwnicy i zapomnę na ładnych parę miesięcy. Deszcz zmył też z powierzchni ziemi wszystkie resztki śniegu. Ilość zasp widzianych z okna mojego mieszkania to dokładne ZERO. O jak cudownie!

Wczoraj też przeżyliśmy dość ciekawą historię, która do teraz śmieszy mnie strasznie i zaskakuje - jak to możliwe, że nie zauważyliśmy tego wcześniej? Ale po kolei. Wczoraj prowadziłam zajęcia od 14 do 15. Misiek spieszył się, żeby Filipka zabrać na spacer do dziadków, a ja spieszyłam się, żeby ogarnąć mieszkanie przed przyjściem uczennicy więc jak nie wychodziło mi zakładanie bucików (jeszcze zimowych, wysokich) zostawiłam to Miśkowi. A on wepchnął na siłę, bo się nie dało inaczej i wyleciał z szopem z domu.

Mały spał 1,5 godziny. Ja skończyłam zajęcia, pojechaliśmy do Outletu który znajduje się na obrzeżach miasta, jakieś 20km od domu. Obwodnicą 20 minut. Filip obudził się w środku trasy i zaczął strasznie płakać. Przeraźliwie, jakby go coś bolało. A prężył się niesamowicie. Stanęliśmy na poboczu, wyjęliśmy, pochodziliśmy trochę. Pierwsza myśl - ząbki, jak zawsze. No i pojechaliśmy do sklepu. A tam mały na nogi (jakoś dzisiaj wolał na rączki, nie chciał) i coś utyka. I co pomyślałam - nie założony do końca bucik. Zdejmuję, zakładam, jakoś dziwnie jest dalej nie wchodzi ale mały płacze... myślę sobie - za małe już, nowe trzeba kupić. No i nawet jakaś babeczka mówi do nas - on ma buta nie założonego. I Misiek zdejmuje, zagląda... a tam duży, kanciasty, żółty kwiatek z duplo. Zamarłam. Misiek też. Moja teściowa wybuchła takim śmiechem, że dławiła się przez 15 minut. Biedny Fifi, chodził z tym kwiatkiem dzielnie, utykając jak dziecko z porażeniem mózgowym... Dzisiaj z radością wyrzuciłam te buty w głąb piwnicy.


Wiosenny spacer


 I jeszcze rodzinnie z samego rana - to się rzadko zdarza, przeważnie Filip zrzuca nas z łóżek i prowadzi do łazienki bo chce się kąpać ;)







piątek, 12 kwietnia 2013

Child is better than a good TV show

Wiosna w końcu zawitała. Prawie 10C, nawet było trochę słońca. Najwyższy czas wybrać się na spacer, dawno nie byłam w parku Reagana zwanego przez nas pieszczotliwie "Oregano".

Filip jest spokojny i sam się bawi pośpiewując "a-a" do każdego refrenu znanej piosenki Lykke Li ;) Oglądając teledysk do Paradise krzyczy mi na pluszowego słonia "ehehehe" czyli jego hau hau. I kiedy prostuję,  że to nie piesek tylko słonik to zaczyna krzyczeć "TU TU!!!" Nie wiem czego się spodziewam. Rozpoznawania zwierzątek? Filip ostatnio na strusia zawołał "ehehe", woła też tak na wszystkie króliczki, owieczki... i nie wytłumaczysz, że króliczek robi "kic kic" a owieczka "beee". Wszystko jest pieskiem i nie należy się temu sprzeciwiać ;)

Idziemy na spacer. Nie mam zamiaru siedzieć w domu kiedy pogoda caaaaałkiem znośna. Nie powiem, że piękna bo przydałoby się 5C więcej i bezchmurne niebo, ale śnieg powoli znika więc mam zamiar się cieszyć choćby z tego powodu.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Wyjechać czy zostać?

Już od dawna myślimy z Miśkiem o emigracji. Nawet zanim Filipek przyszedł na świat ta myśl zawsze gdzieś była. Potem zaczęliśmy to odwlekać ze względu na małego. A kto nam tam pomoże, kto przypilnuje Filipa... Pytań cała masa odpowiedź jedna - nikt.

Wiadomo, wyjechać z dzieckiem jest ciężko. O wiele ciężej niż rodzić już tam, w miejscu docelowym. Bo najczęściej takie osoby mają już życie ułożone, pracę, wiedzą co nieco o systemie szkolnictwa i służbie zdrowia. A ja muszę poznać wszystko stąd - na odległość, zanim pojadę.

No i kolejna rzecz - praca. Kto przyjmie mnie - nauczycielkę hiszpańskiego bez dużego doświadczenia (uczę tylko prywatnie, nigdy nie uczyłam w szkole językowej)? W Londynie, a tylko Londyn bierzemy pod uwagę (o tym może kiedy indziej) jest tylu imigrantów, tyle native speakerów + Anglików po studiach w UK, że może już nie być dla mnie miejsca. Mam pójść do MacDonalda? Cofnąć się do czasów ogólniaka, kiedy dorabiałam w korporacji za najniższą krajową? Nie po to idę na studia, żeby potem ledwo wiązać koniec z końcem. Tu nie o to chodzi...

No i ostatnia wątpliwość: co z rodziną, przyjaciółmi, starymi przyzwyczajeniami, czasem dla siebie... tam będzie gorzej. Mama nie przytuli jak będzie źle, siostra nie wpadnie z garnkiem rosołu na przeziębienie. Nie mam za to problemu z opuszczeniem miejsca, gdzie mieszkam całe życie. Lubię Gdańsk, ale bardziej "czuję sentyment" niż nie mogę bez niego żyć.

Wątpliwości jest mnóstwo. I zawsze pojawia się pytanie: spróbować, czy nie? Pomimo tych wszystkich wad, minusów wyjazdu coś mnie tam ciągnie. Chęć przygody? Możliwość rzucenia się na głęboką wodę? Chęć poczucia się obywatelem świata? Pewnie wszystko na raz. I boję się, boję, ale pewnie niedługo się zdecydujemy. I spakuję do trzech walizek najważniejszy dobytek jaki posiadamy i wyruszę w znane-nieznane. Aż mnie ciarki przechodzą. Nie ze strachu - z podekscytowania.

*** 
Ach i zapomniałabym! Filip skończył 1,5 roku dzisiaj o 11.40. Tyle powiem, że mleczak akurat wtedy zasnął. I śpi do teraz. Dobranoc ;)

środa, 10 kwietnia 2013

Dzień bez pracy to dzień nudny.

No i się rozłożyłam. Ledwo gadam. Odwołałam zajęcia, część udało mi się przełożyć, ale trochę kasy przepadło. Siedzę więc z małym szopem i... nudzę się. Nie potrafię żyć bez pracy (o zgrozo, jutro też nic nie mam). Ale chore mam tylko gardło, byłam więc u mamy z Filipem a potem w Galerii i kupiłam sobie buty i bluzkę. Tak, na poprawę nastroju. Nie, żeby mi było potrzebne ;)

Misiek dzisiaj będzie przed 22... Wyszedł później do pracy a zaraz potem idzie na trening. Tak więc dłuży mi się ta środa bez pracy, nawet Miśka nie ma, nie ma z kim się podroczyć. Bo Fifi chyba na to jeszcze za mały, nie zrozumie.

Mały robi niekontrolowany bałagan w mieszkaniu. Ale to kara za to, że nie pozwoliłam mu się położyć spać o 17... ;) Musiałabym go wtedy znosić do 23 a tak o 7-8 pójdzie spać i może ciut odpocznę. Jakimś cudem praca męczy mnie mniej niż siedzenie z tym szopem, to normalne?



No i jestem chora.

Rozłożyłam się. Już od paru dni mam porządny katar, teraz jeszcze doszło gardło. Po dzisiejszych dwóch godzinach zajęć ledwo mówię.A jutro mam 3 godziny... Nie wiem, jak to wytrzymam. Nie chcę rezygnować z pracy bo mimo wszystko to są jakieś pieniądze, ale z drugiej strony pracuję głównie głosem i jak mam tłumaczyć cokolwiek jak nie mam w ogóle głosu?

Zapewne nie pomógł fakt, że przed południem byliśmy na porządnym spacerze i placu zabaw. Pogoda wyjątkowo dotrzymała kroku (dlaczego choruję jak na zewnątrz robi się cieplej?????) i Filip mógł się spokojnie wybiegać, czego od dawna nie robiliśmy - nie chciałam go trzymać długo na mrozie.

Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej. Tak więc tymianek i podbiał to moi nowi najlepsi przyjaciele włącznie z prawoślazem. Teściowa powiedziała, że mam brać tantum verde ale oczywiście nie wiedziałam, że to tylko na mokry kaszel a ja mam suchy, tak więc jest nieco gorzej niż było rano. Zrobię sobie zaraz trzecią herbatę z malinami. Obym nie zaraziła Filipa. Ma dość słabą odporność i nie potrzeba mi małego chorowitka w domu. Wystarczy jeden duży ;)

wtorek, 9 kwietnia 2013

Cisza...

Wczoraj Filipek nauczył się składać dwuelementowe puzzle. Wiem, że to żadne osiągnięcie, ale my z Miśkiem szalejemy ze szczęścia, jakie to nasze małe jest mądre i nad zwyczaj rozwinięte - przywilej rodzica ;)

Teraz Fifi zajada makaron al dente. Część została już wyrzucona na podłogę. Część została już zjedzona z tej podłogi. Teraz staram się nauczyć go kolorów. Na razie mamy czerwony i niebieski. Kolory autek, pudełek i klocków duplo. Czy na przykładach Filip szybciej nauczy się nie jestem pewna, ale myślę, że kiedyś obwieszczę tu swój sukces. Jak przed chwilą zapytałam się go "Gdzie jest czerwony brum-brum" podszedł do samochodów ale nie umiał wskazać który ma określony kolor. Patrzył się na mnie jak na wariatkę.

Niestety Filip dostał jakiejś alergii i nie mam pojęcia na co. Budzi się w nocy i drapie. Zawsze się budził, ale a to zęby a to coś... teraz już wiem - alergia. Z tym, że nie wprowadziłam ostatnio nic nowego. Soję pił od dawna, ryż, marchewka, jabłko, gruszka, mąka pszenna, kurczak i wołowina...  Niby jest łatwiej odkąd nie karmię, ale jak karmiłam alergii nie było (odpuściłam czekoladę i kukurydzę) a teraz jakoś jest. Mam szczerą nadzieję, że samo jakoś przejdzie, bo w nocy już nie mogę wytrzymać, budzi się co chwilę no i są też problemy z zasypianiem wieczorem i w ciągu dnia. Jak tak dalej pójdzie to ja zostanę zombie, nie tylko Filipek.

Tęsknię za wakacjami. Wy też? W majowy weekend chcieliśmy pojechać na działkę. To już za parę tygodni a śnieg nadal nie stopniał. Lato wydaje się być tak odległe, jakbyśmy mieli grudzień. Ale nie. W grudniu było cieplej.



poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Imieniny.

Filip obchodzi imieniny i 1,5 roku jednego dnia. Wypada to w najbliższy czwartek ale "fiesta" rodzinna odbyła się wczoraj. Weekend był dość aktywny - dużo zajęć, dużo roboty. Ale ogólnie rzecz biorąc wszystko było dobrze. Pokłóciliśmy się z Miśkiem, pogodziliśmy... całe te kłótnie mają jedną zaletę - zawsze potem jest zmiana na lepsze. Może nauczymy się spędzać czas ze sobą? Chyba zapomnieliśmy już jak to się robi...

Tutaj trochę zdjęć małego solenizanta :)

"Tany tany"


tablica i Filip. Ja korzystam z niej na lekcjach a Fifi po ;)


piątek, 5 kwietnia 2013

na kanapie z zombie.

Moje dziecko nie chce iść na drzemkę. Filip wstał o 9, wobec tego wiadomo. było, że położy się trochę później niż zwykle. Liczyłam na 13-14. A tu 15 a Filip nie chce spać. Wszystkiemu winne jak zwykle butle.

Avent - ciekną. Lovi - zaciskają się smoczki po 5 minutach poczym Filip wybudza się, rzuca butlą i nie chce już dalej pić.Wiem, że powinien już umieć zasypiać bez butli bo zdrowiej, bo lepiej... ale nie umie jeszcze więc jestem zdana na łaskę sprzętu dla dzieci, który został zaprojektowany niewłaściwie.

Czy naprawdę to takie skomplikowane zaprojektować butelkę dla niemowlaka? Żeby stworzyć coś, co będzie szczelne i trwałe? Bo na razie nie spotkałam się z czymś takim. Wszelkie sugestie więc na temat butli będą mile widziane ;)

A na razie ja i Filip jesteśmy zdani na wspólną zabawę. Niestety mam mnóstwo różnych rzeczy do zrobienia od rana i nie zrobiłam dotąd ani jednej. Dwie godziny drzemki są niezbędne żebym mogła pracować, uczyć się czy chociaż pozmywać naczynia. A tu klops. W domu brudno, praca domowa czeka, zarówno moja jak i moich uczniów. Czekam aż Filip nauczy się sam zasypiać ale pewnie do tego czasu już zrezygnuje w ogóle z drzemek i będę musiała się zadowolić pracą wieczorami.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Bejbe bejbe :)

Filip chyba nasłuchał się niejakiego Justina B. Biega po domu i woła "bej bej bej bej bej!". Ryczę ze śmiechu :)

Ale pochwalę się dzisiaj, że mądre dziecko mam. Biegnie do garderoby, już wiem po co. Ale staje przed drzwiami, wyciąga rączki i woła "to!" pokazując na pstryczek. "Światło? Już zapalamy". Podnoszę bąbla do góry a on naciska. Wbiega do garderoby, woła po miotłę (wiedziałam), łapie w jedną rączkę, woła po mopa, łapie w drugą rączkę i daje mamie. A masz, zamiataj! 

I tyle z picia kawy.


środa, 3 kwietnia 2013

hiszpański.

Jestem nauczycielką hiszpańskiego. Codziennie zmagam się z uczniami nie potrafiącymi powiedzieć "do widzenia" po trzech latach nauki, mających problem z wyrażeniem faktów, uczuć czy opinii. Oczywiście, to nie moja "zasługa" ale wykorzenianie złych nawyków i uzupełnianie braków doprowadza mnie do szału.

Jestem nauczycielką z pasją. Robię to, co kocham, w pełni się w tym spełniam. Ale nie wytrzymuję, wiedząc, że w polskich szkołach i na uczelniach nie potrafią nauczyć ucznia mówić i logicznie myśleć. Może i mam za mało doświadczenia, może trafiłam na jakieś wyjątki ale sama uczyłam się jeszcze w liceum tego języka i wiem dobrze, jakie są wady naszego cudownego systemu, jakie są wady nauczycieli, którym się nie chce, którzy za długo pracują, nie mają motywacji do dalszego samorozwoju i niestety - do rozwoju swoich uczniów.

Nie rozumiem, jak można zostać nauczycielem bez pasji. Przecież to wcale nie jest dobrze płatna, premiowana praca. Marne zarobki, harówka do domu, uczniowie, którzy mają Cię głęboko... jeśli tego nie lubisz, nie wytrzymasz. A u nas - jak na złość, nauczycieli bez pasji jest większość, ba! Część się w ogóle do tego zawodu nie nadaje!

Dobrze, że teraz wchodzi w modę "przekwalifikowanie się". Mam nadzieje, że w ten sposób da się uniknąć wypalenia zawodowego, czego wszystkim życzę. Jak na razie pozostaje mi naprawianie błędów polskiego systemu edukacji. Żmudna praca, trudna praca, daje owoce po długim czasie, ale każdy mały sukces daje niesamowicie dużo satysfakcji. I oby tak pozostało.

Odkurzacz.

Filip lubuje we wszystkim, czym zajmują się rodzice. Tak więc Misiek oddaje mu swojego laptopa do naprawy (ja nie zamierzam popełnić tego błędu chociaż mój sprzęt się już do niczego nie nadaje, a Miśka jest quite new), mały bawi się garnkami, miskerem, swego czasu popularna była wkrętarka bezprzewodowa, z której odmontowaliśmy wiertła. Nawet na Boże Narodzenie dostał swoją malutką.

Teraz na topie jest odkurzacz. Najpierw wystarczyło wyłączyć. Ale Filip nauczył się włączać. No to wypinałam z kontaktu, ale o zgrozo, i to nie jest przeszkodą dla 18-miesięczniaka. No to teraz są zaślepki. Odkurzacz, śpi, jest cacy, pogłaszcz i śśśśś cichutko. Działało przez 3 dni.

Przedwczoraj słyszę jak Filip idzie z łomotem przez przedpokój, dyszy, sapie, stęka... ciągnie odkurzacz. Po czym wyciąga kabel, leci do kontaktu, woła MAMA WŻŻŻŻŻŻŻŻŻŻ... i wszystko jasne. Teraz odkurzacz jest włączony 3 godziny dziennie. Moje uszy więdną, głowa boli... ale dziecko to lubi. No i co ja zrobię w takiej sytuacji? Chyba tylko zapłacę rachunek. 

Zapewne dość wysoki.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Kwiecień plecień.

Mamy już kwiecień i na razie przeplata zdecydowanie więcej zimy niż lata. A szkoda. Ja mam chyba depresję spowodowaną albo PMSem albo przedłużającymi się opadami śniegu. Nie mogę już na to patrzeć.
O 15.00 przychodzi uczennica na zajęcia i sama nie wiem już co mam z nią dzisiaj robić. Bite dwie godziny zajęć. Dwie godziny improwizacji. Może być ciężko, ale bywało gorzej.

Fifi śpi. W końcu. Kładłam go na drzemkę prawie 3 godziny, w końcu się udało. Mały szalał, biegał z miotłą, mopem, miotłą do kurzu i małą szufelką. Oczywiście ze wszystkim na raz. Wszystko większe od niego, ale pracował, pracował... i rzucił na podłogę, złapał butlę i zasnął.

Ale z dobrych stron właśnie, w końcu założyłam bloga. W końcu - bo zbieram się i zbieram żeby te moje - nasze wspomnienia dokumentować i nigdy nie mam czasu, motywacji... a może teraz się uda?


A oto nasze wielkanocne przysmaki: