poniedziałek, 30 grudnia 2013

Podsumowanie

Zostały ostatnie dni tego roku. Czas na małe podsumowanie tego, co było a nie wróci.

Czy rok był dla mnie łaskawy? Wyjątkowo. Spełniły się marzenia, zarówno te małe jak i te duże. Zaczęłam zarabiać na fotografii, co sprawia mi bardzo dużo radości. Nie spodziewałam się, że to nastąpi tak szybko.

Filip się zmienił. Nie jest już małą dzidzią a w pełni świadomym małym człowiekiem, zadającym pytania, wprawiającego czasami w zakłopotanie i wywołującym masę śmiechu.

Życie się zmieniło.
Czy ja się zmieniłam?




Czas pomyśleć o noworocznych postanowieniach, a u mnie brak pomysłu. Mniej wydawać, więcej oszczędzać. Nie marnować jedzenia. Być lepsza dla bliskich. Uzbierać na teleobiektyw (taaak, znowu wyjątkowo-drogi-sprzęt-foto), w domu mnie chyba zamordują jak to zrobię ;)

Za parę dni jedziemy w góry, poszaleć na nartach. O niczym więcej nie marzę!

poniedziałek, 23 grudnia 2013

W świątecznym klimacie.

Mam wrażenie, że wszystkie kobiety stają się po części swoimi matkami. Fakt, nie jesteśmy takie same - mamy w końcu część innych genów, inaczej też wyglądał świat, gdy wchodziłyśmy w wiek dorosłości. Ostatnio, rozmawiając z kilkoma koleżankami na temat świąt, zdałam sobie sprawę, że nic nie pokazuje tak podobieństwa między pokoleniami kobiet, jak właśnie święta.

Szczerze przyznam, że to, czego kiedyś nie znosiłam, dzisiaj jest dla mnie sprawą pierwszej wagi. Nie umyć okien? Nie zrobić 12 dań? Jakie SUSHI NA WIGILIĘ???? - to akurat nie mój pomysł ale to ja właśnie posypałam gromy i odrzuciłam sprawę.

To nasza trzecia wigilia razem z Filipem a czwarte święta w tym domu. Kiedy święta organizowała moja mama, wciągała mnie i moje siostry w wir porządków, kazała sprzątać, pucować, odkurzać i domywać. Do tego zmywania była masa, sterta brudnych garnków powiększała się w zastraszającym tempie, a ja - pełniąca dyżur przy zlewie - wściekałam się na wszystko, płakać się mi chciało i rozpowiadałam każdemu, że u mnie święta nie będą tak wyglądać.

A jak jest? Jestem wierną kopią mojej mamy. Wszystko postne. Milion pierogów. Nic nie może być kupne, wszystko robione - nawet makaron pod kluski, majonez do sałatki. Dzisiaj posprzątałam cały dom, nawet te rzeczy, których nie znoszę sprzątać i które zawsze robi za mnie ktoś inny (toaletę, kanapę w salonie...). Zastanawia mnie jedno: gdzie w tej całej bieganinie podziała się zbuntowana nastolatka, niecierpiąca tego zamieszania? Czemu to sprawia mi aż taką przyjemność?

Wiem, że esencją świąt nie są równo ulepione pierogi czy błyszczące podłogi, nie są nią nawet prezenty, które nie tylko lubimy dostawać, ale przede wszystkim wybierać i dawać. Wiem, że to chrześcijańskie święto upamiętniające to, co dla nas - wierzących ważne. Ale życie się zmienia i jak zmieniamy się my, tak zmienia się też tradycja i kultura. I prezenty nie są złe, tak samo jak suto zastawiony stół. A spotkania w rodzinnym gronie są czymś, na co czekam z utęsknieniem od poprzednich świąt. Od dwóch lat - czyli od czasu gdy Filip jest z nami i zaczęliśmy świętować wigilię z moimi teściami oraz teściami mojej siostry, czuję, jakby powstała nowa rodzina i nowa tradycja.

Wszystkim, którzy obchodzą jutrzejsze święta Bożego Narodzenia, życzę spokojnych, suto zastawionych i przede wszystkim szczęśliwych dni, aby ten czas spędzony razem wniósł pozytywny akcent do naszego szarego, zabieganego życia.

niedziela, 8 grudnia 2013

Wagary

Kiedy czuję się przytłoczona obowiązkami, nie mam kiedy wyrwać się, żeby odetchnąć, poczuć się znowu jak prawdziwy człowiek, albo prawdziwa kobieta. Chwała temu, kto wymyślił wagary! Nie muszę ciągnąć dziecka po galerii handlowej, żeby kupić nową bluzkę, ani też ciągnąć po naprawdę zimnym świecie, żeby zrobić nieco zdjęć. Po prostu urywam się z najnudniejszych zajęć w ciągu weekendu i idę w świat.


Wiem, że nie jest to do końca dobre, bo w końcu w domu siedzą moje chłopaki i zapewne myślą, że się pilnie uczę i siedzę na pupcu w ławce, ale znam dobrze tego Mojego Typa i siebie samą. Nie lubimy bez powodu ruszać się bez siebie, a takie wyjście jest mi czasem potrzebne i nie potrafię się do niego zmotywować.

Ponieważ moja uczelnia jest położona bardzo blisko Głównego Miasta, postanowiłam przejść się tym razem na spacer i porobić trochę zdjęć plenerowych, na które nigdy nie mam czasu. Tym razem zdjęcia Black&White, głównie ratusza i ulicy Dłuiej, ale jest też małe miejsce dla innych miejsc, zapewne znanych wszystkim z pocztówek czy wakacji nad Bałtykiem.





Nie ze wszystkich zdjęć jestem dumna, ale tak naprawdę moja wycieczka krajoznawcza miała na celu uwiecznienie "Zimy w Gdańsku Głównym" a napotkałam na lodo-pluchę. Pole do popisu dość marne, a temperatura i wiatr dawały się we znaki. I tyle ;)

piątek, 6 grudnia 2013

Pokój Filipka

Relacja z tworzenia Filipkowego Pokoiku, a właściwie z rozwijania super dywaniku. Szkoda, że spać w nim nie chce. Obraził się przy zasypianiu, uznał, że na materacu mu się nie podoba i zażądał "Fifi pi taaaaaaaaaam", czyli w salonie. A w pokoju z zabawkami śpijcie sobie wy, mama i tata. I zapomnijcie o korzystaniu z kuchni czy telewizora po 19. Taki super pomysł.




A swoją drogą Filip stwierdził osatnio, że noc to "wyłączone niebo" :)

wtorek, 3 grudnia 2013

Asertywny Filip

Filipowi ma zawirowania żołądkowe. Dałam mu smectę w niepełnej szklance wody. Dobre to nie jest, powiedziałabym wręcz, że ochydne. Nigdy nie owijam w bawełnę i powiedziałam wprost, że to lekarstwo, jest bardzo ważne, jak wypije to nie będzie bolał brzuszek. 
Filip wprost: "nie ma mowy" (ciekawe od kogo się nauczył...), potem "ale przepyszne, mniam mniam" (zawsze to mówi, jak czegoś nie chce zjeść i myśli, że mnie wykiwa). No to matka musi kombinować, pije z nim piesek z duplo, i kotek i miś i żyrafa. 
Zostało parę łyków i jest już coraz ciężej. Mówię mu:
- dżip z tobą wypije.
- dżip nie ma buzi.
- o tutaj ma.
- mamo, to nie buzia. To grill.

Zostałam pokonana w dyskusji przez dwulatka.


poniedziałek, 2 grudnia 2013

Idą święta!

I nie wiem czy to "niestety" czy "na szczęście". Są rzeczy, które mnie cieszą, ale są i takie, które niosą jakieś małe rozczarowanie.

I. Choinka. Uwielbiam żywą, pachnącą, obwieszoną bombkami, łańcuchami i lampkami. W tym roku muszę iść na kompromis i kupuję sztuczną. Powinnam się czuć z tym lepiej, bo nie przyczynię się do wycinki lasów świerkowych. Ale plastik nie pachnie. On śmierdzi. Wręcz WALI plastikiem. Z kolei, nie sypie się i nie muszę się martwić, żeby go zdjąć 1 stycznia, bo po styczniowym pobycie na nartach, mój dom będzie cały w igłach.

II. Prezenty. Uwielbiam obmyślać, lubię, jak ktoś się cieszy z otrzymanego prezentu. Nie znoszę kupować. Nie znoszę patrzenia na to, jak mój portfel chudnie. Ani przepychać się łokciami po galeriach handlowych. Niestety czas ręcznego przygotowywania prezentów dawno minął. I to nie z powodu braku chcęci, a braku czasu.

III. Świąteczne porządki. O matko, mycie okien! Z kolei, nie zrobienie tego będzie piętnowane przez moją mamę jak tylko do nas wpadnie. Chyba wolę się przed tym uchronić. Wyprowadziłam się z domu 4 lata temu a jej dziwne spojrzenie nadal robi na mnie wrażenie.

IV. Prezenty dla mnie. Od paru lat konsekwentnie wszystkim oznajmiam, że dla mnie najlepszym prezentem jest kasa. Nie sądzę, żeby ktoś mi zafundował nowy obiektyw, który używany kosztuje ponad 1,5 tys. Tak więc proszę o kasę. Sama uzbieram i kupię. Ale nie. Kasy nie wypada.

V. BRAK CZASU! Dlaczego jest już grudzień? Czemu zostały 22 dni, żeby to wszystko ogarnąć? I czemu teraz, kiedy jest dzień powszedni i mniej ludzi łazi po sklepach moje dziecko ma 39 C temperatury???


To pozrzędziłam. Od razu mi lepiej!

piątek, 29 listopada 2013

Nauka Czytania

Z racji, że moje dziecko nie umie zająć się same sobą nawet przez chwilę, jeśli tym zajęciem nie jest "Peppa Pig" czy "Bob Budowniczy" nie mam za dużo czasu, żeby chociażby dodawać nowe posty. Nie przepadam za puszczaniem mojemu dziecku bajek, wolę jak układa puzzle, gra w domino czy choćby buduje z klocków. Niestety do wszystkich wspomnianych czynności Filip potrzebuje mojej pomocy. Umie wszystko zrobić sam, ale "mama bawi" to wystarczający argument. A czasem mój mózg potrzebuje odpocząć i się zresetować. W poszukiwaniu sposobu na chwilę spokoju trafiłam na naukę czytania.


Parę miesięcy temu usłyszałam o "Cichej Rewolucji". Serii książek, w których prezentowane są sposoby na rozwijania swojego dziecka. Książka jest zarówno dla zwykłych jak i niezwykłych dzieci - czyli tych niepełnosprawnych. Książka, którą posiadam w domu mówi o nauce czytania od... 11 miesiąca życia!

Według tej teorii właśnie wtedy maluch jest najbardziej chłonny i najłatwiej mu będzie nauczyć się czytać. Najgorszy zaś wiek to... 6 rok życia, czyli wtedy, gdy idzie do szkoły i bardzo często po raz pierwszy styka się z samodzielnym czytaniem.

Myślę, że nie trzeba czytać mądrych książek, żeby starać się nauczyć swoje dziecko czytać. Wystarczy dwa razy dziennie pokazywać wyrazy napisane dużymi (to bardzo ważne) literami na białej kartce. My w początkowym zestawie mieliśmy ich pięć a teraz po miesiącu jest ich osiem, wszystkie wydrukowane na grubej kartce.



Oczywiście nie liczę na to, że za pół roku będzie czytał wszystkie książki. Mimo wszystko widzę postępy - następują błyskawicznie! W naszej puli znajdują się aktualnie słowa:

- brum brum
- miau miau
- pa pa
- Fifi
- tak
- nie
- mama
- kocham

Słów oczywiście jeszcze nie łączymy, na razie pozwalamy spokojnie pracować małej mózgownicy. Mam nadzieję, że niedługo będę mogła poinformować o kolejnych postępach a w końcu także o... godzinie spędzonej na samodzielnym czytaniu ;-)

wtorek, 26 listopada 2013

Ciastolina



Nie wiem, czy spośród osób - mam i nie tylko, mojego pokolenia, jest ktoś, kto nie kojarzy tej kolorowej masy. Jak byłam mała, ciastolina należała do moich ulubionych zabaw. Jej przewaga nad zwykłą plasteliną jest ogromna: nie lepi się do wszystkiego, jest zmywalna, nietoksyczna i ekologiczna. Myślę, że cena także przemawia na jej korzyść: za cztery kolorowe kubeczki zapłaciłam nieco ponad 20zł. Ale to dopiero zestaw podstawowy. Są pieczątki, wyciskarki, maszynki... Mimo wszystko mały zestaw gwarantuje kilkadziesiąt godzin udanej zabawy.





Dzieło może nie najpiękniejsze, ale myślę, że dojdziemy do lepszej wprawy ;-)

piątek, 22 listopada 2013

Trochę o gotowaniu.

 Gotowanie zawsze było dla mnie wyzwaniem. W domu robiła to moja mama, a gdy chciałam się czegoś nauczyć, stała nad głową i, koniec końców, robiła wszystko po swojemu. Kiedy poznałam Miśka i wyprowadziłam się z domu nie umiałam zrobić nic, ba! Nie chciałam posolić wody na makaron "bo zepsuję". Cały czas pamiętam, jak zaprosiliśmy pierwszy raz moją mamę na obiad. Kiedy zadzwonił domofon powiedzieliśmy jej, żeby szła za zapachem dymu. A po prostu zapomnieliśmy o oleju, który ciągle grzał się na kuchence. No dobra, ja zapomniałam. Misiek o mało nie dostał zawału, kiedy zdjął pokrywkę a na naszych oczach pojawił się metrowy słup ognia. Obiad się udał, chociaż odbywał się w atmosferze spalenizny. A olej jeszcze dwie godziny później palił się w garnku, chociaż ten od dawna stał przykryty na balkonie .

Ale gotować się nauczyłam. W większości z pół produktów czyli torebek, słoików i tym podobnych. Im mniej skomplikowane, tym lepiej. Nadal nie byłam fanką gotowania, ale trzeba było coś jeść. Mimo wszystko od domowych obiadów własnej roboty wolałam się przejść do McDonald's. To, co wypociłam w kuchni Misiek dostawał do pracy. Szczęście miał biedaczek, że nie było to często. Ale nie narzekał, nawet czasem pochwalił. Ja, jako, że wyrosłam w domu, gdzie zawsze na stole był przyzwoity posiłek, byłam dla siebie bardziej krytyczna.

Co się stało, że to się zmieniło? Nie mam zielonego pojęcia. Może to, że nieco trzeba zacisnąć pasa bo za dużo wydajemy? Albo fakt, że jedzenie, które Misiek dostaje w pracowniczej stołówce już nie pierwszy raz przyprawiło go o ból brzucha a nawet lekkie zawirowania żołądkowe. Mus, to mus, a dziecko też coś musi zjeść. Tak więc od paru tygodni jestem kucharką.
Eksperymenty nie są mi obce. Naleśniki z ciekawym farszem, czosnkowe pulpety z indyka, gulasz drobiowy lub z czerwonego mięsa. Misiek się śmieje i nazywa "Mój mały Gordon". Teraz właśnie na kuchence gotuje się pomidorowa krem. Dotychczas dałam rade zrobić tylko rosół. A tu, proszę.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że naprawdę to lubię - spędzać w kuchni tyle godzin, żeby zjeść w 15 minut. Ale jakby ktoś mi to powiedział 4 lata temu... ;)

czwartek, 21 listopada 2013

Życie z dwulatkiem.

Filip się zmienia i każdy dzień jest inny. Pod tym względem dwulatek przypomina noworodka – każdy moment jest inny. Kiedyś gaworzenie, teraz pełne zdania. Kiedyś uśmiechy i pojedynczy chichot, teraz skakanie, śmiechy i dowcipy.
Dwulatek nie wymaga też wiele uwagi. Więcej robi sam, lubi oglądać bajki, a kiedy je, mam obie ręce wolne. Tylko życie jest dużo śmieszniejsze niż z małym bobasem.

Nie wiem, kiedy inne dzieci zaczynają gadać, nie mam porównania, jednak Fifi jest już w 100% komunikatywny. Boli brzuch? Chce siusiu? Jest głodny? Zawsze się upomni. Do tego jesteśmy już prawie bez pieluch, Filip nosi je jedynie w nocy i na wyjście, choć w nocy już jest tylko asekuracyjnie.


Uważam, że najtrudniejszy okres mamy za sobą. Mimo wszystko nadal mam w domu słodkiego dzieciaczka, który pięknie się śmieje i dostarcza masę radości.  


poniedziałek, 4 listopada 2013

Mieszkaniowo

Ostatnio na jednej zmianie się nie kończy. Postanowiliśmy z Miśkiem kupić większe mieszkanie. Wprawdzie mamy 50 metrów ale z tak fatalnym rozkładem, że dwójka się mieści idealnie, trójka już gorzej.
Szukamy więc czegoś większego, szukamy kredytów na lat dwadzieścia parę, szukamy czegoś, co złączy nas bardziej niż ceremonia czy urzędnik. Papier, podpis, hipoteka. Czemu jest to aż tak przerażające?

Ludzie mają obiekcje przed ślubami, nie chcą się wiązać bo boją się zobowiązań. Małżeństwo to odpowiedzialność za drugą osobę, za jej bezpieczeństwo i zdrowie.
Kredyt z kolei to podjęcie zobowiązania finansowego. Czy jest mniejsze? Moim zdaniem wręcz przeciwnie. Gdy drogi pary się rozejdą nie wystarczy podpisać papierka rozwodowego. Pozostaje jeszcze X tysięcy, które często, gdy jedno nie może spłacić drugiego (a kredyty się bierze jak się pieniędzy nie ma).

Czy dlatego ta hipoteka tak mnie przeraża?
Znów muszę się z czymś przespać, znów jakieś plany stresują mnie i odsuwają od przyziemnych obowiązków.
Powiem wprost: wcale mi się to nie podoba.

Dzisiaj jedziemy obejrzeć pierwszą weselną salę a wczoraj ruszył mój profil na facebooku. Tak więc zapraszam: Fotografia Natalia Kazanowska. Na razie pusto ale mam nadzieję, że tylko chwilowo. Tak czy inaczej zapraszam!!!

czwartek, 24 października 2013

Czas leci za szybko!

Lista rzeczy do zrobienia nieubłagalnie się wydłuża. Nauka na najbliższy zjazd, odrobienie poprzedniego (na który nie poszłam), projekt na praktyki, prezent urodzinowy dla Filipa na jutro, wypowiedzenie żłobkowe... no i jeden najbliższy dzień żeby to zrobić, włączając w to dzisiejszy wieczór, jako, że jutro jest impreza i nie zrobię wieczorem już nic.

Halo, halo, czy doba musi mieć tylko 24 godziny? Oczywiście połowę zajmuje mi planowanie najpiękniejszego dnia mojego życia. Misiek wybrał odpowiedni moment - kiedy nie mam czasu na myślenie zaczynam to robić z nadmiarem.

Całe szczęście we wtorki i w czwartki (czyli dni kiedy Misiek wraca po 20.00) Filip kładzie się spać o 18.30. Moje cudowne zabiegi z kładzeniem go coraz wcześniej spać (aby mieć coraz więcej czasu wolnego) dają cudowne efekty.  Z tym, że zamiast robić choć część z zaplanowanych wcześniej rzeczy, ja siedzę i piszę na bloga oraz obliczam ślubny budżet. Masakra.

Tak więc dzisiaj tylko daję znać, że żyję. A jak mnie natchnie, napiszę wkrótce. W międzyczasie zapraszam ->>>>TU <<<<- :)))

poniedziałek, 21 października 2013

Happy Never Ending

Z racji moich ostatnich romantycznych wywodów (aż dwóch!) postanowiłam pójść nieco dalej. Uwielbiam romantyczne komedie, książki i historie. Nie mam ich z kim oglądać, jako, że siostry pracują lub mają swoje życie, koleżanek wokół brak (trochę jakby specjalnie zwiewały za granicę, kto to wie ;-)) a mój luby-narzeczony Misiek w takowych nie gustuje. Parę razy namówiłam go na Woody'ego Allena co uważam za niezły postęp, ale - na litość boską - jak kazał mi oglądać Helsinga Ultimate tuż przed zaśnięciem to też nie byłam zbyt chętna. Takie życie.

Czasami, zwykle zaraz po filmie / książce zastanawiam się ile z takich historii przytrafia się w normalnym życiu. Nie mówię tutaj o wszystkich przypadkach z filmów z Meg Ryan czy Hugh Grantem (swoją drogą nie cierpię Hugh Granta) ale o jego małym odsetku. Zagubiona szara myszka spotyka fantastycznego romantyka i samca alfa w jednym, który nie boi się kupować kwiatów i prawić komplementów bla bla przeciwności losu bla bla i żyli długo i szczęśliwe. Romantyczny pocałunek, ślub, dzieci, wyzdrowiała z choroby, co-tam-jeszcze-możliwe.

Idąc tym tropem zastanawiam się... a co jest dalej? Po tym, jak już spotkali się / zamieszkali razem / pobrali się / pozbyli się typa z pod ciemnej gwiazdy bądź podłej teściowej? Co się dalej dzieje w ich życiu gdy rodzi się dziecko, ona się roztyje a on odmawia zmieniania pieluch? Czy kochałybyśmy tak samo naszych ulubionych bohaterów wiedząc, że mają jakieś ukryte wady, manie, zwyczaje? Jakbyśmy wiedziały, że kłócą się o nieopuszczoną klapę w toalecie?

Dobra, trochę za daleko zaszłam. Czy nie jest nam lepiej w życiu, wiedząc, że zawsze już będą razem, będą się kochać, wspierać i nigdy się nie zawiodą? Tylko, że nikt tak nie powiedział. Same sobie to wmawiamy, chociaż wiemy, że to niemożliwe. Wydaje mi się, że każda kobieta, która kiedyś przeżyła miłość albo też zawód miłosny też miała taką chwilę w swoim życiu. Takie zwieńczenie bajki. A czy dalej już było tak samo bajecznie? Chyba wszystkie to wiemy.


Może trochę bez ładu i składu, może dziwny ten wpis z dzisiaj. Ja chyba doszłam do takiego "zwieńczenia bajki". Czuję, że będziemy żyli-długo-i-szczęśliwie-na-zawsze. A co będzie dalej? Co przyniesie przyszłość? A czy to ważne? Teraz jest dobrze. I chyba o to chodzi w tych historiach nierealnie idealnych. Nie chcemy wiedzieć co przyniesie przyszłość, bo teraźniejszość nam odpowiada. I mam nadzieję, że dla każdej z nas przyszłość będzie (lub była) tak samo cudowna, chociaż może trochę przyziemna, jak to bajkowe zakończenie historii.

Pozdrawiam!

niedziela, 20 października 2013

O matko!

Dzisiaj na poważnie.

Pewnie nikt z Was nie zauważył, że nigdy nie poruszyłam tematu małżeństwa. Są związki, partnerstwo, wspólne życie i miłość a nie ma małżeństwa. Dlaczego? Wyjaśniam. Bo się na tym nie znam. Nie jestem żoną. Ot co.

Z Miśkiem zawsze mieliśmy różne poglądy na przyszłość (nad czym ja ubolewałam) ale jak się okazuje czasem jeden z wyjątkowo-upartych-osłów potrafi ustąpić. Oczywiście to nie byłam ja. Ja nie ustępuję. Idę na kompromisy, okej, ale nie zarzucam swoich poglądów. To musiał zrobić Misiek.

Tak więc powiem z dumą - nieukrywaną! - że z dniem wczorajszym zostałam oficjalnie narzeczoną.
Czy ziemia się zatrzęsła z tego powodu? Nie. Czy anielskie chóry wyśpiewują fanfary? Być może, ale ja nie dostrzegłam. Tak więc o co chodzi? O pierścionek ze złota?

Nic się nie zmieniło, słońce nie zgasło a ja przecież od pierścionka nie kocham mocniej. Ale nie mogę powiedzieć, że to było bez znaczenia. Bo nie było. Miało duże znaczenie. I czuję się z tym fantastycznie!


Dzień był magiczny, chwila cudowna, wszystko tak, jak zaplanował, tak jak tego chciał. Pierścionek piękny, z małym brylantem. Tylko my, chociaż już narzeczeni to dalej rodzice, zajęci sobą nie zwróciliśmy uwagi jak dziecko nasze wpadło po pas do potoczku. I wyszło. I płakało nie, że zimno, mokro tylko, że brudny i nie może usiąść na swoim małym rowerku.
Tak więc pierścionka mi nie zdążył założyć. Może i dobrze, bo był za mały ;-)


Ale się cieszę :-)

czwartek, 17 października 2013

Wtórne motyle w brzuchu.

Pamiętacie to uczucie na początku związku lub tuż przed kiedy w brzuchu tańczyły motyle? Ja pamiętam to dobrze. I ogromnie brakuje mi tego teraz kiedy już wszystko zaszło tak poważnie, że nie ma tej wzajemnej ekscytacji, poznawania siebie, tych telefonów i wiadomości (moje nieco starsze koleżanki dostawały także listy - oj szkoda mi, że ja nie z tej epoki!).

Pomimo tego, że związek już jest dojrzały czasem zdarza mi się, że poczuję takie motyle znowu. Co je powoduje? Proste - muzyka. Czasem dźwięki, czasem tekst lub teledysk... Muzyka budzi skojarzenia, wspomnienia a czasem też ukłucie zazdrości. Zazdrości za tym, co już było i czego nie będzie znowu. Oj, nigdy nie posądziłabym siebie o taki tandetny romantyzm! A jednak.

Filip śpi, siedzę na kanapie, zajadam ciastka bez obawy, że będę gruba. Misiek właśnie wraca z treningu więc mam chwilę dla siebie. W tle gdzieś leci The Killers, czyli muzyka, która towarzyszyła mi podczas tych "pierwotnych" motyli. Co prawda nie jest to zupełnie to samo, bo jest to nowa "Shot At The Night" ale sprawia, że uśmiecham gdy tylko usłyszę pierwsze takty. Takie "motyle wtórne". Przypominają to, co było najpiękniejsze, to zaczym ciągle gdzieś tęsknię.

Myślę, że każdy zakochany ma gdzieś takie kawałki, które przyprawiają o dreszcze. A ja przedstawiam dziś mój.

The Killers - Shot At The Night

Z nostalgią w tle, pozdrawiam wieczornie!

środa, 16 października 2013

Kocham jesień!

Kiedy inni wciąż zrzędzą jaką mamy paskudną porę roku obecnie, jak jest zimno, pluchowato i ciągle pada mam jedną złotą radę: poczekajcie ze dwa miesiące na zimę, w końcu zawsze może być gorzej ;)

A tak na poważnie, dwugodzinny spacer z moim dzieckiem, on na rowerze, ja na nogach z kawą w ręku i jedziemy do parku. Do parku, który wygląda tak, jak dwa lata temu kiedy byłam z nim tam pierwszy raz. Kolory - czerwień, zieleń, żółć! Cudo! Można biegać za kaczkami, można wyrzucać liście przez mostek a można też je wrzucać do wodospadu.

Moje dziecko uważa, że kaczki jedzą liście a także, że liść potrafi "niedziałać". Jest Pan Kaczka z zieloną głową i Pani Kaczka z szarą głową.

Myślę, ze sami powinniśmy zamienić się trochę w dzieci. Mniej zrzędzić, więcej działać. Odkrywać i podziwiać. Spacer w Parku Oliwskim, które jest jednym z najpiękniejszych miejsc o tej porze roku ale myślę, że każdy ma coś podobnego w swojej okolicy, gdzie jesień pokazuje jaka jest piękna. Tak więc zabrać dziecko/chłopaka/mamę/siostrę/sąsiada i sio na spacer! Bo ile jest dni kiedy można się NAPRAWDĘ delektować jesienią?

poniedziałek, 14 października 2013

Histeria, czyli dlaczego nie idziemy do żłobka.

O żłobku pisałam coś już jakiś czas temu. Zdecydowałam się na niego z wielu powodów a jednym z nich była chęć zapewnienia towarzystwa Filipkowi oraz możliwości rozwoju w trochę innym środowisku. Z drugiej strony była zaś moja chęć i potrzeba odpoczynku oraz samorozwoju.

Żłobka szukałam długo. Któż z nas oddałby największy skarb w ręce pierwszego-lepszego ośrodka? Szukałam więc, patrzyłam, porównywałam. W końcu znalazłam, 15 minut od domu, w biurowcu, obok kawiarnia gdzie zestresowana matka może spędzać pierwsze godziny i być na każde zawołanie. Żłobek idealny. Nowy, czysty, miłe panie, fajna grupa, dużo zabawek, plac zabaw w środku. Poszliśmy więc na dni adaptacyjne. Rodzic razem z dzieckiem.

Filip wszedł zachwycony. Zabawki, kolory, towarzystwo urzekło go od razu. Raj dla dziecka. Niestety raj był tylko wtedy gdy obok  była mama.
Zostawiałam go raz na jakiś czas na 10-20 minut. I z początku było okej. A potem płacz, nagle, nie wiadomo skąd. Płakał do czasu aż przyszłam czyli nie na długo. Wiele dzieci ma ciężki start w żłobku ale przyzwyczajają się z czasem. Poznają otoczenie i panie wychowawczynie, jakoś dają sobie radę w grupie. Po trzech dniach dni adaptacyjnych pojechaliśmy na wakacje i wychodząc ze żłobka postanowiłam, że od poniedziałku po powrocie Fifi zostaje już na pół godzinki, potem na godzinę i każdego dnia coraz więcej. Trzeba się przyzwyczajać do bycia przedszkolakiem.

Niestety po powrocie do domu nie było już tak różowo. Filip bał się za każdym razem gdy zniknęłam na zakręcie. Nie mogłam sama pójść do toalety, nie chciał mnie tracić z zasięgu wzroku. Gdy następnego dnia wyjechaliśmy do Hiszpanii okazało się że problem nie znika a wręcz nasila się. Nieznany mu hotel i tata który ciągle gdzieś znika, a to do samochodu a to do toalety. Było widać w jakim stresie może być dwulatek, jak bardzo zostało zachwiane jego poczucie bezpieczeństwa. Nocne pobudki z okrzykami, lęk za każdym razem gdy zrywam się z kanapy odebrać telefon czy też nawet zalać herbatę wrzątkiem pokazuje, że Filip do dziś się nie uspokoił.

Tak więc ze żłobkiem zaczekamy. Jest mi trochę przykro, liczyłam na chwilę odpoczynku, ale z drugiej strony nie mamy przymusu, nie muszę wracać do pracy tak więc nie ma problemu co robić dalej. Niestety chwilę zajmie mi odbudowywanie zaufania mojego dziecka, które cały czas woli przebywać w towarzystwie taty a mnie nie chce się nawet wziąć na ręce. Nie spodziewałam się, że to, co miało być dla niego obróci się przeciwko nam wszystkim.

Zostajemy na razie w domu, w naszej codziennej, domowej rutynie, chodząc na spacery, budując garaże i robiąc wciąż to samo co przez ostatnie miesiące. Rutyna? Może. Ale czasem rutyna okazuje się być dobra.

Swoją drogą dzisiaj u nas, w Gdańsku 20 stopni, w sam raz na spacer nad morzem. A gdyby był żłobek zapewne siedzielibyśmy wtedy i uspokajali Filipka, mówiąc, ze wszystko będzie dobrze.

niedziela, 13 października 2013

Barcelona? Nie, dziękuję!

A więc nadeszła chwila, żeby usiąść spokojnie z kubkiem naprawdę dużej kawy i napisać coś o tych cudownych wakacjach, które właśnie się skończyły. Jak je szybko podsumować? Najłatwiej chyba zdaniem: Nigdy nie pojadę już do dużego miasta.

W swoim dość krótkim życiu zwiedziłam stolice Francji, Wielkiej Brytanii, Danii i Holandii z czego niektóre z nich więcej niż raz. Do tego byłam nie raz w Hiszpanii i w Szwecji, za każdym razem zatrzymując się w metropoliach. Jarały mnie muzea, ruchliwe ulice, stare zabytki znane z pocztówek i plakatów. Za każdym razem wracałam zadowolona... ale też zmęczona.

Tegoroczny urlop planowaliśmy w Barcelonie, ale loty były dość drogie więc zdecydowaliśmy się na inne lotnisko, położone 100km na północ, w stolicy prowincji, Gironie. A ponieważ do Barcelony daleko, nie chcieliśmy wozić tej naszej pociechy autobusem i postanowiliśmy wynająć auto. Kiedy zaczęłam czytać o regionie, Katalonia wydała się równie interesująca jak jej stolica, a ponieważ w Barcelonie już byłam postanowiłam podzielić podróż i zabukowałam pięć nocy w Gironie i dwie w Barcelonie. 

Pierwsza część urlopu - bajka! Dzięki wynajęciu samochodu udało nam się zobaczyć przecudne średniowieczne rynki i zamki na klifie, zobaczyliśmy Pireneje i jednocześnie błękit Morza Śródziemnego. A w momencie zmęczenia naszego lub Filipa mogliśmy w każdej chwili ewakuować się do samochodu i odpocząć w drodze powrotnej. Tak, odpocząć, bo drogi są równe jakby zostały położone wczoraj a kierowcy spokojni, wyluzowani i jeżdżą zaskakująco wolno. Do tego hotel, położony 15 minut spacerem od pięknej starówki Girony, przemili ludzie, dobre jedzenie... Do Barcelony wyjeżdżaliśmy z dużym żalem. I niestety samo miasto nie poprawiło naszego nastawienia.

Barcelona jest ogromna. Co mnie jakoś specjalnie nie dziwi ale było to dla nas dużą przeszkodą. Z hotelu było ponad pół godziny na plażę, co oznaczało, że całą drogę Filip musiał przesiedzieć w wózku. Po swobodnym bieganiu po starówkach innych miast było to dla niego niemiłe zaskoczenie. Niestety nie dało się jeździć po mieście samochodem i to nie z powodu dużego ruchu, gdyż jazda odbywa się dość płynnie. Nie ma miejsc parkingowych, a jeśli coś się uda znaleźć jest to dość sporo płatne. Pozostał nam więc parking hotelowy (18€ za dobę) i... nogi. Ogromem miasta, odległościami, hałasem i tłokiem zmęczyliśmy się po dwóch godzinach. Tak więc następnego dnia wstaliśmy wcześnie i wyjechaliśmy z miasta do Montserrat, klasztoru w górach, znajdującego się 40km na zachód.

Z dzieckiem nie da się podróżować po wielkich miastach. Zwłaszcza z dwulatkiem, który musi biegać, oglądać, jest ciągle spragniony wrażeń i bodźców. Barcelona jest pięknym miastem czego nie da się ukryć. To taki piękniejszy Paryż. Może trzy, cztery lata temu, kiedy podróżowaliśmy z Miśkiem samotnie, dalibyśmy radę zobaczyć więcej niż Sagrada Familia, która była 10 minut od hotelu. Tym razem to wszystko nas przerosło.

Ostatniego dnia wróciliśmy do Girony, do znanego nam hotelu, poszliśmy na znaną starówkę i zjedliśmy kolację w znanej knajpie odpoczywając przed porannym wylotem. O jedno proszę - gdy powiem, że chcę zobaczyć miasto, które ma powyżej 100tys mieszkańców proszę o kulkę w łeb. 

Metropolia - nie dziękuję!

Pals


Besalú



Barcelona


Monasterio de Montserrat


sobota, 12 października 2013

Drugie urodziny.

Wróciłam z Hiszpanii szczęśliwa, wypoczęta i natchniona. Spędziłam cały tydzień w uroczych miejscach... ale zaraz zaraz, o tym kiedy indziej. Wakacje były, zdjęcia nie zając. Dzisiaj czas na coś o wiele ważniejszego czyli na coś, co miało miejsce dokładnie wczoraj:

URODZINY PANA SZOPA.

Jak sięgam pamięcią wstecz do tego co było równo dwa lata temu, przypomina mi się, że bycia mamą się nie uczy, to się ma. Tak więc byłam ja, była ta mała kruszyna niecałe trzy kilo ze mną w szpitalu, nie chciała jeść ani płakać, sapkał tak dość dziwnie a myśmy - we dwójkę z Miśkiem cieszyli się, że nie wsadzili go do inkubatora.
Pamiętam, że to był 36 tydzień, że miałam rodzić w listopadzie, że spędziłam najpierw tydzień w szpitalu przed a potem tydzień po. Że mały był żółty jak chińczyk a nas wkurzało jak ktoś to ciągle powtarzał, bo w końcu był idealny.
A potem wróciliśmy do domu i okazało się, że jest już jesień wraz z kolorami, barwą słońca, wraz z lekkim ale nie uciążliwym zimnem. To dziwne, może ktoś mi nie uwierzy, ale gdy urodził się Filipek pierwszy deszcz spadł dopiero na początku grudnia. Nic nie padało przez dwa miesiące, jakby natura chciała mi stworzyć warunki do codziennych dwugodzinnych spacerów w synkiem.

Wczorajszy dzień spędziliśmy cudnie. Spacer, budowanie garaży z klocków, potem wizyta u mojej mamy, gdzie Fifi też się cudownie bawił. Starałam się - i do teraz staram- aby nic na tym świecie nie sprawiało, że Filipkowi jest źle tak po prostu z powodu braku chęci czy naszego zmęczenia.

Myślę, że te dwa lata to był szczęśliwy dla niego czas. Mam nadzieję, że kolejne dwa przyniosą nam jeszcze więcej.


BILANS NA 2 URODZINY:
waga- 11,5kg
wzrost - 85 cm
umiejętności - układa puzzle, nazywa 5 kolorów i mniej więcej tyle samo marek samochodów, czego nie opanował do tej pory to skakanie.
co mówi? - wszystko! dzisiaj nawet usłyszałam jak podśpiewywał pod nosem "jadą jadą misie". Nie wypowiada r, k, g ale na to przyjdzie czas. Co najważniejsze jest coraz bardziej komunikatywny co ułatwia życie nie tylko nam ale k jemu samemu.


poniedziałek, 23 września 2013

przerwa.

Muszę zrobić przerwę od blogowania. Nie wiem o czym mam pisać. U mnie ciągle to samo. Może z wyjątkami. Za dwa tygodnie (nawet mniej!) upragnione wakacje w Hiszpanii. Potem Filip pójdzie do żłobka. Nie wiem jak to sobie wyobrazić bo już jest chory. Co będzie potem?

Ale on tego potrzebuje, ja też...



Zdałam sobie sprawę, że jesień mnie frustuje. Już! Ledwo się zaczęła.

poniedziałek, 16 września 2013

Jestem.

Tydzień minął od poprzedniego postu, a tyle rzeczy wydarzyło się od tego czasu. Słownik Filipa powiększył się o kilkadziesiąt nowych pojęć. Nowe słowo jest prawie co godzinę. Tworzy zdania, mówi słowa których ja sama rzadko używam (np. śpiewa pan - muzyka owszem, leci u nas w głośnikach codziennie, ale taka konstrukcja nie jest niczym powszechnym). Do tego rozpoczęłam trzeci rok studiów i wczoraj wróciłam z pierwszego zjazdu tego roku. Muszę przyznać, że to, czego się obawiałam okazało się być nie takie straszne. Oddałam też zlecenia fotograficzne z minionych tygodni i szczerze jestem z siebie dumna. Jeszcze dwie sesje fotograficzne mnie czekają... zobaczymy, jak pójdzie. To, z czego zdałam sobie sprawę, to fakt, że wcale nie chcę rezygnować z hiszpańskiego. Jestem w tym dobra i to mnie motywuje do dalszej pracy. Myślałam ostatnio, żeby nie isć na magisterskie, a tu się okazuje, że chęci wróciły mi z powrotem.

Wczoraj obchodziliśmy z Miśkiem rocznicę... parę ładnych lat minęło, a jest dobrze, jak na początku. A może nawet lepiej?

No i co jeszcze z ostatnich dni? Nasze plany emigracyjne uległy zmianie. Nie wiemy na razie co chcemy daje robić, gdzie jechać. Ja tu nie chcę zostać, Misiek nie chce jechać do Londynu... Przez pewien czas czułam się, jakby mnie walec przejechał, jakby ktoś mnie powalił na ziemię i przygniótł. Muszę planować - to moje życie. Uwielbiam snuć plany, jestem straszną marzycielką. A jak nie wiem co robić dalej to wariuję.

Czas pokaże...



poniedziałek, 9 września 2013

W krainie Szeloby

W ten weekend - ostatni wolny weekend jaki mi pozostał w ciągu tych wakacji udaliśmy się - gdzieżby indziej - do Pasymia. Zaprosili nas teściowie, których z lekkim bólem musiałam znosić, ale mimo wszystko są lepsi od teściów standardowych. Misiek wziął urlop na piątek i po małych zawirowaniach z bieganiem po urzędach (zdjęcie dziecka do dowodu i składanie wniosku) wybraliśmy się na Mazury.

Przechodząc jednak do sedna, a właściwie do tytułu dzisiejszego postu, muszę się do czegoś przyznać. Boję się pająków. To nie tak, że jestem przerażona, gdy je widzę, kostnieją mi stopy i nie jestem w stanie ruszyć palcem, albo drę się jak obdzierana ze skóry. Żywcem. Zawsze uważałam, że po prostu ich nie lubię. Mogę zabić własnym butem, przejść obok, chociaż gdy wisi mi nad głową uciekam 5 metrów w którąś ze stron.

Cały poprzedni wyjazd na działkę próbowałam się zebrać, żeby wstać rano i sfotografować poranne mgły nad jeziorem. Jestem śpiochem i poranne wstawanie jest mi bardzo obce. Dwa dni temu postanowił obudzić mnie teść idący na ryby. Nie żałowałam tego długo. Pod koniec lata wschód jest dużo później a mgły nad jeziorem unoszą się dużo dłużej, co można obejrzeć tutaj. Postanowiłam więc przejść się trochę dalej, w stronę pól. I tutaj należy się małe sprostowanie. Działka leży 5 kilometrów od miasteczka. 5 kilometrów przez POLA. Kilka domków po drodze, jedno wiejskie gospodarstwo, to wszystko. Cud, że jest tam bierząca woda i elektryczność.
Przeszłam kawałek ciemnym zakątkiem, gdzie nigdy nie dociera światło i wychodząc z niego ujrzałam coś, co mnie sparaliżowało.

Pajęczyny. WSZĘDZIE. W każdym zakątku, na każdej roślinie. Rosły rozwieszone między drzewami oraz przez całą ścieżkę. Parę razy nieomal weszłam w nie twarzą. Gdzieniegdzie były pająki, duże, małe, tkające nić lub wiszące leniwie. Większość pajęczyn stała pusta, bez najmniejszej muchy, za to skroplona przepięknymi kryształkami rosy. Nad polami unosiły się resztki porannej mgły.

Szłam dalej, chociaż strach paraliżował mnie okropnie. Żałowałam, że nie mam kija, żeby odgarniać nici wiszące mi koło głowy, ale bałam się dotknąć czegokolwiek co leżało na ziemi. Chociaż nie było wolnego skrawka na trawie zaczęłam robić zdjęcia. Wyszło mi parę przepięknych zdjęć, których nigdy bym nie wykonała, gdybym nie pokonała własnego strachu. Jestem z siebie okropnie dumna, chociaż powrót przez ścieżkę był jeszcze gorszy i wiem, że nigdy nie będę w stanie zrobić tego po raz kolejny.
Wolałam zostawić tę magiczną, tajemniczą i przerażającą krainę Szeloby jej samej.

Co najciekawsze w tym wszystkim - a może najbardziej przerażające. Przecież te pajęczyny wcale nie znikają w ciągu dnia. Po prostu ich nie widać. Wiele razy przechodziłam przez te same miejsca co w sobotni ranek i nie miałam świadomości, że przechodzę przez miliardy pajęczych sieci.


wtorek, 3 września 2013

Dzień wolny dla mamy

Przyszła jesień. Chociaż do tej kalendarzowej jeszcze chwila, wraz z rozpoczęciem września zrobiło się deszczowo, wietrznie i chłodniej. Wczoraj udało mi się wieczorkiem pojeździć z Filipem na rowerze, później cały wieczór planowałam wakacje. Bo jeszcze czekają nas wakacje - za miesiąc.

Za dwa tygodnie - a właściwie za 1,5 - wracam na uczelnię. Ostatni rok nauki, ostatni ciężki rok organizacji, braku weekendów, mijania się. Zdałam sobie sprawę, że z obecnym trybem dnia Filipa nie będzie mnie widział przez cały weekend. Od piątku wieczorem do poniedziałku rano. Po prostu jak się obudzi to już mnie nie będzie, zanim wrócę to on zaśnie. Szkoda mi bardzo tego małego bączka, ale myślę, że jakoś damy radę. W końcu siedzenie w domu z tatusiem nie jest takie złe.

Spojrzałam dzisiaj w kalendarz i zdałam sobie sprawę, że jeśli chcę zawodowo zajmować się tyloma rzeczami, muszę na to wygospodarować nieco czasu. A tydzień jakby się skrócił. Misiek dwa razy w tygodniu ma zajęcia z gimnastyki. Wraca po 2 miesięcznej przerwie. Nie odbiorę mu tego, w końcu już kiedyś się przekonałam, że Misiek nie ćwiczący to nie ten sam człowiek. Ja z kolei chciałam się zapisać na niemiecki - mam na to bardzo mało czasu w ciągu dnia, Filip już nie śpi. Misiek też chciał sobie co nieco powtórzyć, tak więc mamy iść razem - potrzeba na to jakiegoś popołudnia. Do tego moja praca (korepetycje) oraz praktyka uczelniana. A gdzie czas dla siebie? Na rower, na kawę, na siłownię czy ściankę? Gdzie czas wolny dla mamy?

Mama czasu dla siebie nie ma. I wcale mnie to specjalnie nie dziwi. Gdy jeden rodzic pracuje 8-16, a często zostaje po godzinach, do tego wraca z pracy godzinę przez okropne korki, chce usiąść spokojnie na kanapie, dostać obiad i odpocząć. A ja nie mam nic przeciwko temu, w końcu też kiedyś pracowałam po 9, 10 godzin (stare czasy, oby nie wróciły), jak wracałam to chciało mi się tylko leżeć. Tylko, że ja też pracuję. Bo siedzenie z dzieckiem to praca, co powie każda siedząca w domu mama. Dom sam się nie posprząta, obiad nie ugotuje, dziecko nie nakarmi, ubierze i umyje. Oczywiste, że wolę to niż biurko i komputer, ale po całym dniu z Filipem jestem zmęczona.

Jak to więc będzie? Jak wygospodarować dwie godziny w tygodniu kiedy już całego dnia brakuje? Czy znowu będę wykończona i depresyjna?

Sezon na jesień czas zacząć. Oby się to wszystko dobrze skończyło.


niedziela, 1 września 2013

Fotograficznie

Ostatnio ciągle tyle się dzieje a ja nawet nie wiem co napisać. Filip to kochany anioł, coraz więcej gada, jest super komunikatywny, ruchliwy... taki duży chłopczyk z niego, chociaż nie zatracił jeszcze w tym wszystkim swojej śmieszności.

Zostały mi ostatnie dwa tygodnie moich wakacji i cierpię z powodu przymusu powrotu na uczelnię. Może źle się wyraziłam - przymusu nie ma. Ale został mi już tylko rok i tak naprawdę szkoda by było tych straconych dni (i pieniędzy), szkoda by było mojego wysiłku i Miśka pomocy.

Im więcej zdjęć robię tym więcej chcę pogłębiać moją fotograficzną wiedzę. Zdałam sobie sprawę co tak naprawdę jest moją prawdziwą pasją. Aż chciałoby się porzucić stary fach, olać w zupełności i rzucić w wir tego, co sprawia tak niewyobrażalną przyjemność. Nigdy nie sądziłam, że coś może być bardziej intrygującego niż fotografia, do chwili gdy zaczęłam zbierać oceny swoich prac, kiedy ktoś się zapytał, kiedy planuję założyć działalność.

Ogromnie miło jest usłyszeć komplementy jeszcze na początku przygody z fotografią. A dzisiaj, żeby było mało, miałam dwie sesje - pierwsze dwie z obcymi ludźmi. Maja i Mikołaj - małe kuzynostwo, i Monika z Pawłem, para dwa lata po ślubie, która nie miała czasu na sesję tuż po ślubie i zdecydowała się na nią teraz. Oczywiście sesje darmowe, proszę tylko o cenny czas młodych i możliwość publikacji, ale efekty już teraz mnie zdumiały. Misiek prawi komplementy, ale to Misiek i wiem, że obiektywny nie jest. Ale wspiera.


Trochę Filipa na dziś. Ostatnio go mało tutaj, ale on ciągle taki sam - cudowny. No ile można o tej cudowności :)





czwartek, 29 sierpnia 2013

Wypoczęty rodzic to szczęśliwy rodzic

Martwiłam się kiedyś, że brak drzemki będzie się równał brakowi czasu. Oj, nie mogłam bardziej się mylić! Stałe godziny pobudki i zasypiania są dla nas już tak naturalne, że Filipek nie marudzi w ciągu dnia, ładnie się bawi, dużo SAM się bawi (kiedyś nie do pomyślenia!) i jeszcze zostawia swoim rodzicom wolny wieczór. Wieczory te natomiast sprawiły, że relacja moja i Miśka uległa znacznej poprawie. Już się nie złościmy i nie sprzeczamy, rozmawiamy dużo o rzeczach łatwych i trudnych. Pomagamy sobie wzajemnie, nie krytykujemy i słuchamy swoich potrzeb. Jest tak, jak było... kilka dobrych lat temu, na samym początku.

Wiedziałam, że zmęczenie wpływa na młodych rodziców, że nastrój bardziej napięty i niewiele się chce. Nie miałam jednak pojęcia jak wielka jest skala tego problemu. Ba! Nawet myślałam, że wcale nie jestem zmęczona, dopóki nie zdałam sobie sprawy, że można naprawdę wypocząć. Czuję się, jakbym żyła z człowiekiem, którego poznałam dawno temu, a który gdzieś się zgubił po drodze. A okazuje się, że to był cały czas ten sam poczciwy Misiek, tylko pełen dziwnych, niezrozumiałych nawyków z odrobiną egoizmu i braku wyrozumiałości.

Żeby nie było - ja też jestem inna. Jestem lepszą mamą. Cierpliwszą. Bardziej dbam o dom. Rozwijam się zawodowo i nie tylko. Staram się niczego nie zaniedbywać, a nawet zdobyłam nową cechę: asertywność. Zawsze mi jej w życiu brakowało.

Mam więc taki apel do wszystkich rodziców: dążcie do tego, żeby się wysypiać. Żeby mieć czas na swoje pasje i dla swojej drugiej połówki. Nie macie pojęcia ile to zmieni w waszym podejściu do życia, ile może to zmienić w waszych partnerach.

Wczoraj dostałam kwiatka. Nie, dostałam cztery. Słonecznika i trzy róże. Do tego kubeczek z serduszkiem (bo mój ulubiony od Miśka stłókł się parę miesięcy temu). Te cztery kwiaty to tyle ile dostałam łącznie przez ostatnie trzy lata. Tak wiele może zmienić trochę czasu na sen.


A z innych wieści, fotografia się kręci. Ciekawe, czy przez wysypianie się? W ciągu najbliższych trzech tygodni mam cztery sesje w tym trzy ślubne. Wszystko za darmo, ale tak się reklamowałam. Ulepszam portfolio. Kto wie, może kiedyś coś z tego będzie...


poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Tyle hałasu o urodziny.

Drugie urodziny Filipka zbliżają się wielkimi krokami, a ja, ponieważ kocham organizować takie imprezy, z wielką chęcią zabrałabym się za nią już teraz.
Jak się okazuje, zorganizowanie urodzin dla własnego dziecka nie jest takie proste. Po pierwsze, Filipek urodził się w urodziny swojego dziadka a taty Miśka. W zeszłym roku teściowie poprosili, żeby zrobić urodziny razem. 49 + 1 ;) Wyszło całkiem śmiesznie. Zamówiliśmy stoliki w restauracji, zaprosiliśmy najbliższą rodzinę i przyjaciół. Był fotograf (nasza dobra znajoma), dwa torty. Fifi wytrztymał prawie całą imprezę potem padł jak mucha.

W tym roku jednak chciałam, żeby Filipek miał swoją imprezę. Własną. Oczywiście zanim zdążyłam kogokolwiek o tym uprzedzić, usłyszałam od teściowej tekst: W tym roku rozumiem, że też robimy wspólne urodziny? Włodek [teść] się załamie jak nie będzie mógł mieć wspólnych z Fifim.
Załamałam ręce. I co ja mam z tym wszystkim zrobić, kiedy już na wstępie ktoś jest do mnie nastawiony w ten sposób? Od razu zaznaczę, że teściowia to nie jest zła kobieta. To po prostu kobieta apodyktyczna, lubiąca stawiać na swoim i lubiąca (baaaaardzo) się wtrąć. Ale teściowie pomagają nam mocno, nie tyle co finansowo co organizacyjnie. Załatwili mi praktyki uczelniane, pierwszą pracę, zostają często z Fifim na wieczór, żebyśmy mogli pójść na randkę. Tak więc słysząc z jej ust takie słowa nóż mi się w kieszeni otworzył, ale zacisnęłam zęby i poprosiłam, żebyśmy z tym poczekali jeszcze.

Tu się pojawia drugi problem - data. My jesteśmy do 10 października w Hiszpanii a urodziny są 11 października. Teść wchodzi na statek (jest mechanikiem na promie) w dzień naszego powrotu z wakacji i nie będzie go dwa tygodnie. Do tego musimy powiedzieć datę chrzestnym, bo chrzestna jedzie aż z Londynu, gdzie mieszka. Na te słowa teściowa rzuciła tylko: Bo wiecie, że ja nie przyjdę na takie urodziny bez Włodka.

Pogadałam z Miśkiem na spokojnie. Oboje wiemy, że nie chodzi o datę czy o to z kim takie urodziny będą tylko o sposób zapytania. Czy nie łatwiej byłoby "a może w tym roku też zrobimy razem te urodziny? Włodek się ucieszy!". No przyznajcie, że byłoby to milsze.
A tak, jestem postawiona pod ścianą i muszę się dostosowywać. A to moje dziecko, którego urodzin nie mogę wyprawić.
Za rok będziemy już pewnie za granicą i w ogóle nie wyprawię mu już nic.

Teściowa oczywiście nie widzi, że jest niemiła. Bo niektórzy mają klapki na oczach i myślą, że spokojnie można wszystko powiedzieć nie martwiąc się o uczucia innych. Najbiższa rodzina zrozumie, nie?
Tylko, że dla mnie nie jest to najbliższa rodzina. To jesteśmy my: Ja, Misiek i Fifi. A teściowie to takie dodatkowe +2 z którymi często się widujemy, którzy nam pomagają. Jak myślę "moja rodzina" nie biorę ich pod uwagę choćby dlatego, że dostałam ich w pakiecie a nie z wyboru. Z wyboru to ja mam Miśka.


Zapraszam serdecznie na bloga. Trochę nowych sesji przybyło... :)

czwartek, 22 sierpnia 2013

Zagadka.

Filip podchodzi do stolika, zdejmuje wszystko po kolei, przekłada na duży stół. Do ręki bierze śrubokręt poczym zaczyna ciągnąć za stolik (już pusty) i krzyczy ŁUBUDUBU! BAM!

Czy ktoś zgadnie o co mu chodziło?

... odpowiedź banalna! Odwrócić stół i bawić się we wkręcanie śrubek.

Logicznie pozdrawiam!


środa, 21 sierpnia 2013

Już dobrze.

Kiedy byłam młodsza, duuużo młodsza nie spodziewałam się, że 7 dni koszmaru każdej kobiety może być tak z utęsknieniem wyczekiwane. Kiedyś już pisałam, że chyba nigdy nie zdecyduję się na rodzeństwo dla Filipa, że nie chcę teraz psuć własnych planów, odkładać tego, co i tak jest już odłożone. Ale mój organizm lubi płatać mi figle, rozstrajać się bez potrzeby, powodować poranne nudności i wstręt do kawy.

Oczywiście fałszywy alarm.

Pamiętam ten moment, kiedy dowiedziałam się o isnieniu tej małej kruszynki (która siedzi obok i bawi się swoimi samochodami), jakie to było przerażenie, strach czy się uda, czy wszystko się ułoży. Ale ułożyło się. Mieszkam nadal w tym samym miejscu co parę lat temu, z tym samym człowiekiem. Tylko trochę mebli nam przybyło, zabawek, książeczek o rybkach, misiach i pociągach.

Nie mam pojęcia, czy teraz byłoby tak samo. Nie wiem czy wiecie, ale ja lubię mieć wszystko idealnie zaplanowane. Tak na 3 lata wprzód. Nie ma tam miejsca na więcej dzieci.


Tak sobie myślałam o tym ostatnio, trochę serio, a trochę z przymrużeniem oka, bo przecież to, co mój organizm odstawiał wydawało się tak nieprawdopodobne, że nie zdziwiłam się, że było tylko kiepskim żartem. 

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Wróciłam!

Po udanym tygodniu spędzonym z rodziną i przyjaciółmi na działce, stwierdzam, że dobrze czasem być w domu. Wczorajsza podróż do domu była koszmarem, chociaż zapowiadała się bardzo przyjemnie. Korki, płacz Filipa, a my nie mogliśmy nic zrobić... Jechaliśmy z Olsztyna 4 godziny zamiast 2. Kto zabawiał FIlipka na tylnym siedzeniu? To chyba oczywiste, że ja?

Filip bawił się bosko, większość wyjazdu spędził na przednim siedzeniu samochodu (nauczył się nawet sowa TLUUUUT czyli klucz) oraz kosząc trawę swoją małą kosiarką .

Zrobiłam masę pięknych zdjęć, do tego przyjechali przyjaciele i wykonałam im pierwszą w życiu sesję ślubną w plenerze (efekty niedługo na blogu).
Za parę tygodni rusza fanpage moich prac fotograficznych na facebooku a także - mam nadzieję - nieco lepsza strona internetowa. Dla tych, którzy są przyzwyczajeni do starego wyglądu, od razu mówię, że niewiele się zmieni. Wszystko jednak nastąpi jeśli uda mi się zrealizować trochę planów. Na razie etap pierwszy udany: zakupiona lampa błyskowa. Czekam z utęsknieniem na dostawę.


Niedługo wpadnę napisać coś więcej o Pasymiu, o tym co się teraz dzieje... na razie nie mam takiej możliwości, jako, że Fifi ciągnie mnie za spódnicę i każe robić babi-babi. Czyli mówiąc po ludzku, chce iść do piaskownicy.


niedziela, 11 sierpnia 2013

Hello wakacje!

Zmęczeni wczorajszym weselichem, z którego powróciliśmy szczęśliwie o 4 nad ranem, siedzimy na kanapie i oddajemy się leżakowaniu. Nogi nadal mnie bolą, a wątroba zapewne długo nie dojdzie do siebie, ale było warto! Kiedyś wesela kojarzyły mi się z tabunem cioć i babć, z wiochą, wódką i gorzko gorzko.
Okazuje się, że jeśli DJ jest dobry, towarzystwo młode a synka można wysłać na noc do siostry pod opiekę, nawet ja będę się dobrze bawić ;) A wódka... no cóż. Po prawie dwóch latach bez alkoholu, mam do niej nieco inny stosunek. Piję, jak dają. Nawet Misiek robi się na dobrym weselu poczciwym romantykiem ;)

Zmęczeni, ale zadowoleni, udajemy się jutro na zasłużony urlop, czyli jedziemy na Mazury. Pakujemy znowu stos zabawek, książeczek i pieluch, a do tego planszówki i przyprawy do grilla... i zaczynamy siedem najfajniejszych dni każdego lata (to już nasza tradycja - wakacje w Pasymiu w gronie najbliższych przyjaciół).

Ja melduję się za tydzień, bo internetu tym razem brak.

piątek, 9 sierpnia 2013

Jarmarcznie

Dzisiaj zabrałam Filipka na jarmark Św. Dominika. Coś tak kiczowatego i okropnie zatłoczonego, że powinno się to omijać szerokim łukiem, jednakże pracuje tam moja siostra w tym roku, tak więc postanowiliśmy raz zaszaleć i pojechać.

Co do kiczu oczywiście nie pomyliłam się. Zawsze w takich miejscach jest więcej brzydoty i tandety niż rzeczy naprawdę wartościowych. Ale oczywiście są też fajne rzeczy, jak wielkie bańki mydlane (zawsze chciałam je mieć i obiecuję, że kiedyś kupię takie Fifiemu) albo drewniane zabawki. Jest też sporo rękodzieła, malarstwa i rzeźby, trochę kuchni regionalnej, trochę oscypków (to zawsze mnie śmieszyło), bursztyn itd... tak można by wymieniać cały dzień.

Zdziwiłam się jednak jeśli chodzi o liczbę turystów i innych kupujących. O 10 rano w piątek, w dość ładną pogodę (pochmurno i ciepło) nie było prawie nikogo! Spokojnie można się przespacerować i obejrzeć stoiska nie martwiąc się że w tym tłumie zgubi się torebkę albo - co gorsza - dziecko. Oczywiście już godzinę później liczba ludzi się dużo zwiększyła, ale udało mi się wywęszyć dla Filipka jeden mały prezent:



A zbaczając z jarmarcznego tematu, byłam wczoraj u dentysty. Usiadłam w fotelu (właściwie rozłożyłam się), dostałam 4 strzykawy ze znieczuleniem... i poczułam się jak w kinie! Puścili mi na telewizorze pod sufitem "Wyzania Gejszy". Już to widziałam, więc dźwięk narzędzi dentystycznych wcale mi nie przeszkadzał. Co najlepsze, wyszłam z gabinetu tak wypoczęta jak nigdy wcześniej ;)

Zwłaszcza, że mój synek nie śpi już w ciągu dnia wcale!!! Już trzeci dzień wytrzymuje grzecznie. A potem od 20 wolne i dla Filipka 12 godzin  snu :))))

środa, 7 sierpnia 2013

Jak dziwnie.

Jaki zaskakujący jest dzień, kiedy zamiast 2 godzin drzemki Filip nie ma żadnej, zamiast narzekania i wycia ze zmęczenia, mały wytrzymuje 12 godzin wesoły i radosny, kiedy daje mi parę godzin swobody, bawiąc się samemu w najróżniejsze rzeczy.

Jakie to dziwne. Niespotykane. Wolny wieczór... pierwszy raz nie wiem od kiedy! Ale mam nadzieję, że się to jeszcze kiedyś powtórzy :)

Fifi na dziś





poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Kiedy mama idzie na imprezę...

Gdyby ktoś spotkał starą Natalię, tę z przed 4-5 lat, spotkałby osobę, która uszczęśliwiona otrzymanym niedawno dowodem osobistym rozbija się po knajpach, klubach i imprezach karaoke. Jak patrzę wstecz, zastanawiam się, jak to możliwe, że można się aż tak bardzo zmienić?

W piątek wybrałam się na panieński przyjaciółki. Niby niewinna impreza, 10 dziewczyn. Misiek, na kawalerskim bawił się dzień wcześniej, pojechał na domek na Kaszuby, grali w siatkówkę, grillowali i pili piwo. Nasza impreza nie miała wiele wspólnego z siedzeniem i gadaniem. Zamiast jednak opisywania imprezy i tego co się na niej działo (co było w Vegas, zostaje w Vegas) chcę przedstawić bilans jednego z zadań, które miała wykonać moja przyjaciółka.

ZAPYTAJ KILKU PRZYPADKOWYCH FACETÓW JAK BYĆ DOBRĄ ŻONĄ

Oczywiście większość facetów w momencie zadania pytania była pijana. Ale... założę się, że w 100% zwiększyło to ich szczerość w odpowiedziach. No, może w 90%...

1. Musisz mu dawać dużo swobody. Ale nie za dużo. Ale zawsze dużo.
2. Masz mu robić śniadanie. Codziennie. Bez wyjątku. Musisz zawsze wstać wcześniej obojętnie o której by wstawał, nawet jak o 5.
3. Dużo seksu. Codziennie (tu pada kilka pozycji i propozycji, których nie napiszę).
4. Kanapki. Zawsze rób mu kanapki.
5. Nie możesz zrzędzić. I narzekać.
6. Tylko nie gryź po kostkach! I nie szczekaj.

Padło też kilka zdań na temat: Ty wychodzisz za mąż? Dlaczego? Czemu tak szybko? (Kumpela ma lat 
23 ale wygląda na 19. Z narzeczonym jest lat prawie 5).
Oraz: NIE RÓB TEGO! (i tutaj pokazuje obrączkę).
...i: Posłuchaj mnie, nie wolno Ci tego robić, jestem dwukrotną rozwódką!

Ale były też pozytywne akcenty. Koleś podchodzi do nas na parkiecie (przyjaciółka w welonie, jak to na panieńskim): Wychodzisz za mąż? Ale cudownie! To najcudowniejsza rzecz w moim życiu! Pokazuje obrączkę i ciągnie swoją żonę na parkiet

:))))

A Wy jakie macie zdanie na temat "jak być dobrą żoną?" Jakieś porady? Złote, uniwersalne zasady? Czekam... 

piątek, 2 sierpnia 2013

Już po wszystkim.

Dziękujemy bardzo za wszystkie kciuki, myślę, że mogę uczciwie powiedzieć, że Fifi już się czuje bardzo dobrze. Sama środa była dla nas bardzo stresującym dniem, chociaż stres przyszedł dopiero, gdy wyjechaliśmy z domu w stronę kliniki. To, czego obawiałam się najbardziej, czyli niemożność zjedzenia czy też wypicia czegokolwiek nie dawała nam się bardzo we znaki, Filipek zaledwie parę razy poprosił nas o picie. Niestety nie mogliśmy mu nic dać...

Z całym sercem mogę polecić klinikę Sanitas na gdańskiej Zaspie jako miejsce, gdzie komunikacja z rodzicem i dobro małego pacjenta jest najwyższym priorytetem. Nie zajmują się oni tylko leczeniem małych ludzi, a jednak porodówki i oddziały noworodkowe powinny się od nich uczyć.

Chwile zabiegu, przebudzania się na sali pooperacyjnej gdzie nie mieliśmy wstępu były chyba najdłuższymi chwilami w moim i Miśka życiu. Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy przywieźli mi spoconego Filipka (pod grubą kołdrą!) i płaczącego, roztrzęsionego gdyż obudził się a nie było obok mamy... Nie sądziłam nigdy, że coś mi przypomni taką chwilę, ale kiedy wzięłam tego mojego zapłakanego szopa, który uspokoił się natychmiast po przytuleniu do maminego ciałka, łezka w oku mi się przekręciła, bo poczułam się tak jak w chwili, kiedy przynieśli mi ten mały niespełna trzykilowy cud zaraz po porodzie, żebym mogła go przytulić i nakarmić. Dla takich chwil warto żyć. 

Wyszliśmy do domu przed 22, mieliśmy ciężką noc. I chociaż pan profesor zaznaczył, żeby Filip przez dwa dni leżał i odpoczywał, podkreślił, że na pewno sam tak zdecyduje dochodząc do siebie, mały wczoraj przez pół dnia siedział na kanapie i się bawił, o 15 wstał i chodził, o 19 biegał i wspinał się na krzesło. Nie mogę jednak powiedzieć, że jest nieostrożny, bo widać, że nie daje z siebie 100% możliwości, stara się nie podnosić nóżki wysoko (blizna na pachwince), nie szaleje jak zawsze. Dużo spacerujemy w wózku, żeby się ten mały szop nie zanudził.

Dzisiaj znowu ciężka noc, co oznacza, że Filipka dopada ból w pachwinie. Misiek pojechał na kawalerski przyjaciela (sama go namówiłam, bo dzisiaj ja idę na panieński) więc zostałam z małym zupełnie sama. Podziwiam Filipka bardzo mocno. W nocy boli i spać nie może. W ciągu dnia jest zadowolony i uśmiechnięty, chociaż czasem jęknie jak się źle ułoży na krześle. Nie schodzi sam z kanapy, żeby sobie nic nie naciągnąć. Nie bierze żadnych przeciwbólowych, bo o nie nie prosi. Ale to nie znaczy, że nie boli, to są dwie blizny w miejscach dość unerwionych. On po prostu nie narzeka. Czy ja bym tak potrafiła?

wtorek, 30 lipca 2013

Zabieg

Trzymajcie kciuki, jutro czeka nas ważny dzień, czyli zabieg chirurgiczny u Filipka. Wszystko zaplanowane na 13, prywatna klinika, najlepszy lekarz.. ale ja i tak się martwię. Mam nadzieję, że będę mogła niedługo napisać tu dobre wieści...

sobota, 27 lipca 2013

Liebster Blog Award

Dziękuję bardzo za nominację od Kasi http://olafowyswiat.blogspot.com/ :) wstawiam odpowiedzi na pytania :)

1. Książka do której ciągle wracasz: "Gwiezdny Pył" Niela Gaimana.

2. Gdybym nie była matką... nadal szukałabym swojego miejsca na świecie, nie koniecznie blisko. Nie odkryłabym co to prawdziwa miłość i bezinteresowność.

3. Tramwaj czy autobus? Tramwaj! Nie stoi w korku, nie zanieczyszcza środowiska, nie spóźnia się.

4. Samochód czy pociąg? Samochód gdy z dzieckiem, pociąg gdy sama. Książka, widoki za oknem, muzyka w słuchawkach... tego mi brakuje.

5. Ulubiony owoc: biała porzeczka i borówka amerykańska.

6. Moja mama jest dla mnie... najbardziej niewtrącającą się osobą na świecie. I dziękuję jej za to z całego serca!

7. Jak długo prowadzisz bloga? Niecałe 4 miesiące.

8. Chleb pszenny czy razowy? Przeważnie razowy ze słonecznikiem, ale pszenny wygrywa gdy jest ciepły.

9. Gdzie na wakacje z dzieckiem? Wszędzie. Zwiedzamy razem Polskę i Europę, w październiku do Hiszpanii.

10. Ulubiona pora roku: Wczesna jesień.

11. Deszcz czy śnieg? śnieg, ale tylko w święta, deszcz ale tylko letnim popołudniem z burzą grzmiącą gdzieś w oddali.

Moje pytania pojawią się zapewne za parę dni, są w trakcie opracowywania :)

piątek, 26 lipca 2013

Imieniny

Jacy są faceci - każdy wie. O datach nie łatwo im pamiętać. Dlatego też na rocznicowe kino idziemy tydzień później, a w walentynki zamawiamy pizzę bo rezerwacja czegoś na ostatnią chwilę jest kompletnie niemożliwa. Cud, jak teściowie zechcą zostać z małym, bo walentynki nie są tylko dla młodych. Nieco inaczej ma się sprawa z moimi urodzinami, są równo 10 dni po urodzinach Miśka, tak więc jeśli ja pamiętam o jego, to jest spora szansa, że przez ten tydzień z hakiem Misiek wymyśli coś pozytywnego i mnie zaskoczy.

Imieniny - tu jest problem! Misiek swoich nie obchodzi wcale, bo wypadają w Wigilię. Nie pamięta więc, że istnieją. A moje są obchodzone przez całą rodzinę, z prezentami, uroczystym obiadem i kartkami z życzeniami. To takie nasze "małe urodziny". Tak samo staram się wyprawiać imieniny Filipka, zapraszając wszystkich członków rodziny na kawę i ciasto.
Moje imieniny wypadają dokładnie jutro. Czy Misiek będzie pamiętał? Nie. Czy przypominałam mu o tym? Tak, trzy razy. Kiedy o nich zapomni? Po tygodniu. Czy to źle? Hmm... i tu należy się nieco zastanowić. Bo przeważnie kiedy nasz facet zapomina o imieninach, urodzinach, rocznicach, nam babeczkom jest po prostu przykro. I nie mówię, że mamy robić z tego powodu awantury. Ale wiele kobiet, nie mówię, że wszystkie, przykładają większą wagę do cyferek z kalendarza. Ja... już nie tak bardzo.

Imieniny Natalii mogą być obchodzone zarówno 27.07 jak i 1.12. Tak więc, jeśli Misiek nie pamięta o żadnej z tych dat... czemu nie wybrać sobie obu? Dzisiaj mówię "mam jutro imieniny". Możecie się więc spodziewać, że to samo powiem 30 listopada. I już teraz wiem, że Misiek na 200% nie zda sobie z tego sprawy. Ot, takie jego zapominalstwo i typowe roztargnienie a moja... przebiegłość?

Oczywiście jedyne co wywalczyłam sobie z tego tytułu, to jeszcze jeden miły dzień, w którym zostaję zaproszona na kolację, w którym Misiek będzie mniej siadał do kompa i będę mogła nacieszyć się naszym wspólnym towarzystwem dwukrotnie więcej niż codziennie. Ale naprawdę nie potrzebuję do pełni szczęścia niczego ponad to.

Dzisiaj, wszystkim kobietom noszącym to wdzięczne imię Natalia, świętującym zarówno jutro jak i późną jesienią, życzę wszystkiego dobrego, spełnienia marzeń i dobrego humoru. A wszystkim innym zalecam nieco przebiegłości, bo czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. A mogę zapewnić, że Misiek nie widział kalendarza na oczy od ładnych paru lat.

Dzisiejszy spacer po Długiej...


środa, 24 lipca 2013

Rowerowanie o 4 rano

Chorowanie to paskudna sprawa sprawia, że wszystkie ciekawe sprawy trzeba odłożyć na bok, bo choćby nie wiem jak się pragnęło to robić, jest pewne, że organizm odmówi posłuszeństwa. I mam na myśli rower (tak tak, jeżdżę na nim codziennie, Fifi to uwielbia :)) i niemiecki (fiszki do słówek są tak malutkie, że nie daję rady skupiać na nich wzroku - głowa boli automatycznie). Tak więc wczoraj w nocy obudziły mnie przerażające dreszcze, które co prawda ustąpiły do rana, ale cały wczorajszy dzień jak i ostatnią noc regenerowałam się i dochodziłam powoli do siebie. Dzisiaj lepiej.

Ale do sedna. Rower jest - a jak! - obecnie moim ulubionym środkiem komunikacji. I, jak mniemam, Filipka też. Jak tylko pytam"Idziemy na rower?" słyszę "tak tak lole, lole!" i biegnie po buciki, a z nimi pod drzwi. Jeździmy codziennie (oprócz obecnego chorowania), gadamy o samochodach, zwierzątkach, jedzeniu itd, czyli o wszystkim o czym tylko można rozmawiać z prawie dwulatkiem który prawie nie mówi.

W piątek, czyli następnego dnia po odebraniu białego cuda z salonu rowerowego, obudziłam się o 4 nad ranem i wyjrzałam za okno: dość jasno. Miśki śpią, więc ja cicho ubrałam się, wzięłam klucze i zbiegłam na dół do piwnicy po rower. Nad morze mam jakieś 4 kilometry, trasa zajęła mi jakieś 15 minut. Pędziłam jak szalona, chcąc złapać jeszcze trochę wschodu słońca. Dotarłam na molo. O dziwo, było trochę ludzi na plaży, chociaż myślę, że oni dopiero będą się kłaść spać, a nie przed chwilą wstali. Wyjęłam aparat, ale wiedziałam, że było już zbyt jasno, żeby uchwycić to, co najpiękniejsze o poranku.

Przejechałam kawałek dalej. Zrobiłam postój na plaży. Kilka kolejnych zdjęć, wsiadłam na rower i... odmówił mi posłuszeństwa! Kierownica skręcała... a przednie koło już nie. Coś się rozluźniło, rozregulowało. Nie byłam w stanie jechać (choć pierwsza moja myśl była, czy nie jestem zbyt zmęczona ;)).
Powrót 5 kilometrów na piechotę... no cóż, nie było to moje największe marzenie. Nad ranem, pustym, OGROMNYM parkiem.

Ale gdyby nie ta przygoda, nie zrobiłabym tego zdjęcia. Tak więc jakby nie było, jestem zadowolona. Chociaż Misiek się zdziwił, gdy zadzwoniłam do niego po 5.00 i powiedziałam "zepsuł mi się rower"...

A to moje (popsute wówczas) cudo.